Fatalny był z niego romantyk jak na osobę, która przywiązywała tyle treści i uwagi przeznaczeniu. Miłość to zwyczajowo nigdy nie była jego domena i nie szczególnie zawracał sobie tym głowę. Jednak zawsze miał na uwadze, że istnieją sprawy i rzeczy dużo większe, niż on czy jakakolwiek zbiorowość, magiczna lub ta druga. Oczywiście na swój indywidualny, pokrętny sposób, bo każdy swój sukces zawdzięczał wyłącznie sobie. Natomiast kiedy przytrafiało mu się coś złego, to naturalne, że zawsze obwiniał wszystkich dookoła, a jak nie było na kim się wyżyć to wykrzykiwał obelgi w niebiosa. Tym razem kiedy los podarował mu coś naprawdę wartościowego, nie miał na tyle czelności by twierdzić, że to on, własnymi rękami w dodatku, zapracował sobie na przychylność Cynthii. Kto jak kto, ale Cynthia przytrafiła mu się jak los na loterii. Nigdy nie zrobił dla niej nic szczególnego, nigdy niczym nie zaryzykował dla niej, nigdy nawet nie poświęcił niczego w jej imieniu, a ona i tak od kilku lat była blisko. Była i czuwała, nie oczekując niczego w zamian. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?
Jemu też nie było zbyt wygodnie i przyjemnie wracać do tego co było. Jednak o wiele bardziej uwierało go coś od wewnątrz, kiedy te wszystkie rzeczy które wyszły na wierzch pozostawały rozgrzebane. On coraz rzadziej kontrolował swoje emocje, zimna kalkulacja odchodziła gdzieś na bok, odkąd sprawy nabrały w nim chłodu. Właśnie dlatego była w nim tak silna potrzeba poukładania tego. Niech chociaż jedna rzecz w jego aktualnym życiu będzie taka jak zawsze, taka jaką potrzebował. I tak już wystarczająco dużo spraw się spierdoliło, albo nawet nie przestało się pierdolić do końca.
- Więc mam udawać, że wszystko jest w porządku? - odburknął od razu, sfrustrowany jej odpowiedzią. Może i tamta rozmowa nie należała do najbardziej udanych, ale padło tam dużo słów o jeszcze większym znaczeniu. Przynajmniej dla niego. Jasne, że zachował się w stosunku do Flint jak gbur, ale miał ku temu wystarczający bodziec, którym właściwie sama go szturchała. Nie mógł tego wtedy przeboleć, że nie jest jedyny. Dopiero z czasem przyszła refleksja i opanowanie.
- Nie jest w porządku, ostatnio mało co jest u mnie porządku, a bałagan między nami wkurwia mnie najbardziej. - dorzucił może nieco pretensjonalnym tonem, by nakreślić sytuacje. Westchnął ciężko, przeczesując dłońmi swoje ciemne włosy do tyłu. Odebrał swoją szklankę kręcą przy tym głową w akcie rozczarowania. Szczerze to odrobinę liczył na to, że jej też będzie na rękę rozwiązanie tej sytuacji. Szczególnie kiedy sama stwierdziła, że nie potrafi znieść myśli, że kiedyś on będzie żonaty.
- Ah no tak... - wyrzucił naglę z głośnym westchnięciem, stukając się w skroń jakby wpadł mu do głowy pomysł. Wypił duszkiem całą porcję alkoholu, którą dostał i odstawił szklankę na bok. Potem bez wyjaśniania sięgnął po różdżkę i korzystając z momentu w którym była do niego na chwilę odwrócona plecami wycelował nią prosto w Cynthię rzucając średnio zaawansowane, zaklęcie rozpraszające. - Rozmawiaj ze mną sauté, bez tych sztucznych barier, dobrze?- i choć zaintonował to jak pytanie to wcale pytaniem nie było. Może i grzeczniej było poprosić, albo zapytać chociaż o pozwolenie, ale wiadomo... Lou nie prosi, ani nie przeprasza. Zresztą nie wymagał chyba zbyt wiele, autentyczność w tej rozmowie to minimum podstawy jakie uważał za słuszne, jeśli faktycznie miało dojść do jakiegoś rozwiązania. Dobrze wiedział, że Cynthia chodzi na tych swoich zaklęciach tłumiących emocje, ale chyba zbyt mocno się do nich przyzwyczaiła. Od tego wszystkiego brzmiała, jak niezainteresowana jego uczuciami trzpiotka, a nie jak Cynthia z którą łączy go rytuał miłosny. Przynajmniej dzięki temu zagraniu nabrał nieco więcej pewności. I to samo spięcie które chwilę temu zawiązało język na supeł, odleciało gdzieś daleko, a on stał tak oparty o blat jednego ze stołu alchemicznego, machając skromnie swoją pustą szklanką na boki, sugerując, że przydałoby się uzupełnić środki przekazu.