Genialnie po prostu. Dawno już nie był w tak patowej sytuacji jak ta obecnie. I to jeszcze na własne życzenie znalazł się w takim układzie. Poirytowany parsknął pod nosem powietrzem, kręcąc głową na boki, widząc jak Abrosia i starsza pani znikają za drzwiami jej chatki.
Kurwa mać, co za bezsens... To i jeszcze kilka innych bluzgów przewinęło się w jego myślach, a on z każdą chwilą walczył sam ze sobą. On przeciwko złości, gniewu i agresji. Ledwo wytrzymywał, żeby nie odpuścić z planu i zwyczajnie zacząć walczyć o swoje. Cały czas jednak miał na uwadze, że na szali potencjalnie leżało rozwiązanie jego problemów, albo chociaż coś co pokieruje nim dalej w tej sprawie. Odpowiedź jaką dostał od Szeptuchy nie napawała go optymizmem, ale z drugiej strony nie łudził się, że dostanie swoje odpowiedzi od tak. Nie zamierzał ciągnąć tego cyrku dalej, dobrze zrozumiał, że jego rola w tym akcie jest tyle co żadna. Nie zamierzał robić z siebie jeszcze większego Don Chichota, niż zwykle.
- Oby to było cokolwiek warte... - wyszeptał do siebie, albo do losu, któremu właściwie się teraz oddawał. Jebana bezradność, co za najgorsze uczucie na świecie. Teraz mógł sobie tylko wyobrażać i snuć domysły, o czym sobie tam Kościana Księżniczka gaworzy. Oby zadawała celne pytania, a nie załatwiała teraz swoje prywatne interesy, albo specjalnie przedłużała te sytuacje, tylko żeby Louvain powisiał kilka minut dłużej jak ciele na haku.
Możecie mnie pomijać w kolejce, chyba że coś ważnego w moją stronę. Wrócę jak będę mógł coś zrobić. :')