Długo biła się z myślami, czy powinna pokazać się na "sabacie" czy nie. Nigdy nie była przesadnie religijna, co trochę jednak się zmieniło, gdy zupełnie… niecelowo wylądowała w Limbo i przeszła te całą wędrówkę. Beltane było dla niej pechowe, Litha – lepiej nawet nie wspominać, bo jawiła jej się bardzo złym dniem. Ale może to nie był zły dzień, ani nawet zły tydzień, tylko zły miesiąc? Maj, czerwiec lipiec – złe. Może trzeba było te passę przełamać?
Daleko wcale nie musiała iść, od niedawna przecież mieszkała na Pokątnej, więc… po kilku myślowych bitwach zdecydowała się wyjść i pokręcić się na terenie jarmarku. Najwyżej wróci do domu. Co może się przecież stać, prawda?
No co?
Mogłaby na przykład kupić jakieś kompletnie nieprzydatne jej do niczego duperelki, mogłaby się napić wina, zjeść coś słodkiego. A lubiła przecież słodkie – i Sauriel doskonale to wyczuł przynosząc jej te wszystkie czekoladki. Nic więc dziwnego, że to właśnie tam najpierw stanęły jej kroki. Poszła za nosem, do czekoladek, czyli do Słodkosci Nory Figg, z którą ciągle do tej pory nie miała okazji jakoś więcej porozmawiać, a tyle o niej słyszała od Sauriela… Może sam wystrój stoiska nie był w jej guście, ale było kolorowo, było tak, jak powinno być na jarmarku… nawet poprosiła o te różowe czekoladki i wtedy je zobaczyła.
A może bardziej: wtedy je usłyszała. Pomiaukiwania kotów. Zimne serce Victorii i jej chłodna aura w takich momentach całkowicie pryskaly i stawała się swoją rozczuloną wersją siebie.
– O na brodę Merlina – jęknęła i kucnęła przy koszyku, na chwilę zapominając całkowicie o czekoladzie i wszystkich innych słodkościach, skoro takie słodziaki były w koszykach. I najwyraźniej szukały domu.
To była szybka kalkulacja zysków i strat: bo miała już kota. Od niedawna, młodego kociaka. Z drugiej strony… miała przecież miejsce i mogła wziąć jeszcze jednego, tak? Było ja na to stać, a koty darzyła miłością wielką i czystą… zresztą było to widać po jej zatroskanym i rozmarzonym spojrzeniu. I to były straumatyzowane koty? Mogła się jednym z nich zajac, tak, zdecydowanie…
Jej oczy ciągle lądowały na tym błękitnym – może przyciągała ja do niego wspólna miłość do kwiatów? Może to o to chodziło. Wszystkie były słodkie. Wszystkie było kochane – w to nie wątpiła. Ale na Matkę…
– Mogę? Wzięłabym Kwiatuszka. Mam co prawda kota, ale to chyba nie problem… – pieniądze też chciała im dać, żeby mogli dalej tak się zajmować kotami, które potrzebowały pomocy, ja teraz. Wyciągnęła ręce po błękitnego kociaka.