24.05.2024, 16:44 ✶
Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Trzymam się Heather i Brenny. Przeglądam asortyment na stoisku.
W gruncie rzeczy, Cameron nawet wyczekiwał czasu, kiedy festiwal Lammas rozłoży się ze swoją sceną i stoiskami w centrum magicznego Londynu. Chociaż Beltane zdecydowanie zapadło mu w pamięci, jakie wydarzenie szczególnie negatywne, biorąc pod uwagę wydarzenia na Polanie Ognisk i Kniei Godryka, tak od tamtej pory sabaty nie kojarzyły mu się aż tak źle.
Wprawdzie od maja czarodzieje mieli szansę na powrót zgromadzić się dopiero na Lithcie, jednak wówczas Lupina nie spotkało nic nieprzyjemnego. Zapewne dlatego, że zamiast kręcić się przy Stonehenge po zakończeniu obchodów, grzecznie wrócił do domu, jak przyzwoity młody czarodziej i nie chował się po krzakach, podglądając kapłanki i ich rytuały. Z perspektywy czasu wiele wskazywało na to, że był to wręcz wyśmienity wybór z jego strony.
— My się dobrze bawiliśmy — mruknął na słowa Brenny, gdy ta skomentowała, że Lammas mogło skończyć się podobnie jak te najgorsze etapy poprzednich sabatów. — Nawet zrobiono nam kilka zdjęć, kiedy kupowaliśmy kiełbachy z grilla.
Nie wiem tylko, czy zabranie się tutaj z nią było takim dobrym pomysłem, pomyślał, zerkając na Longbottom. To nie tak, że miał coś przeciwko niej. Znała się z jego rodzeństwem i była partnerką/mentorką jego dziewczyny, jednak martwiło go nieco to, że wciąga Rudą w kłopoty. Wprawdzie robiła to w dobrej sprawie, jednak kto wie, co mogło jej jeszcze chodzić po głowie? Nie wiedział w stu procentach, czego powinien się po niej spodziewać. Bądź co bądź, to była kobieta, która próbowała sprzedać własnego brata na aukcji charytatywnej.
Westchnął cicho, poprawiając przy tym cienki, acz nieco przetarty granatowy sweter z podwiniętymi rękami. Tu i ówdzie zwisały z niego pojedyncze nitki świadczące o tym, że zdecydowanie nie był to najnowszy ciuch z kolekcji Camerona. Mimo to był zdecydowanie wygodniejszy od szat letnich, jakie podsunęła mu matka, zanim przeszedł z Apteki Lupinów na Horyzontalną.
— Taa... Możemy się trochę rozejrzeć, co nie, Heather? — Zerknął na Rudą, przysuwając się bliżej stanowisku z biżuterią. Jego wzrok błądził przez chwilę po bransoletach, broszkach i szklanych ozdobach, aż zatrzymał się na pierścionkach.
Wyglądały naprawdę ładnie, ale... To nie było coś, czego szukał. Miał coraz poważniejsze plany co do panny Wood, jednak nie chciał jej wręczyć pierwszego byle pierścienia z bazaru. Jego policzki pokryły się rumieńcami na samą myśl, że miałby w niedługim czasie wylądować na kolanach przed Heather. Marzyło mu się, aby dać jej coś wyjątkowego: pierścionek, który przebiłby wszystkie inne. Taki, którym mogłaby się śmiało chwalić nie tylko wśród ich wspólnych znajomych, ale też na salonach, na których przecież bywała aż nader często. Należało jej się, za to, co z nim miała.
— Podoba ci się któryś? — spytał niezobowiązująco, wskazując palcem na serię pierścionków z kwiatami i owocami.
Nagle jego wyczulony nos wyczuł coś w powietrzu. Mimowolnie zerknął w stronę segmentu gastronomicznego. Jedzenie wprawdzie nigdzie nie ucieknie, jednak... Na samą myśl o całym tym żarciu, które na niego czekało robił się głodny. Specjalnie robił sobie w ostatnich dniach więcej miejsca w żołądku, żeby móc dzisiaj trochę zaszaleć. W końcu odbije sobie te wszystkie miałkie obiady na stołówce w Szpitalu św. Munga. Nareszcie trochę prawdziwego żarcia.