Była zupełnym przeciwieństwem kolorowej Nory – dosłownie, bo Victoria wybrała materiałowe spodnie i koszulę z długim rękawem, której materiał był bardzo zwiewny, i którą wsadziła w spodnie, a wszystko trzymał stylowy pasek. Cała w czerni, nawet zgrabne pantofelki na szpilce, które wystawały spod nogawki były czarne, nawet jej włosy… No dobrze, włosy były prawie czarne, bo w bardzo ciemnym odcieniu brązu. Nora była widoczna, krzykliwa wręcz w swoim stylu – i w zupełności to do niej pasowało. Nic dziwnego, że niedługo później Laurent porównał je do Słońca i Księżyca.
– Kocham kwiaty. Mam cały dom w kwiatach – przyznała się, nie patrząc jednak na pannę Figg, a w oczy koteczka, który tak się jej spodobał. A on patrzył na nią, po tym jak obwąchał jej rękę i dał się pogłaskać. Pewnie jej zimny dotyk musiał być zaskoczeniem, ale tak jak nic nie można było poradzić na jego błękitną sierść, tak niewiele można było zrobić z jej zimnem. – To żaden problem – odpowiedziała Norze, gdy ta wzięła kotka, by przekazać go w ręce Victorii. Słuchała jej cały czas z uwagą – dzieci mu to zrobiły? Biedaczek był taki kochany, zresztą jak cała reszta tych kotków, które czekały na nowy dom. Lestrange trochę nie rozumiała jak można było takich słodziaków nie zabrać ze sobą. Przyjęła błękitną kulkę w ręce i przytuliła go do siebie delikatnie. – Pewnie jestem trochę zimna, ale to nic groźnego – zwróciła się do Błękitnego Kwiatuszka, pozwalając mu się wygodniej ułożyć w jej ramionach, po czym uśmiechnęła się promiennie do Nory. – Zawsze marzyłam o kocie. A teraz będę miała dwa – to kolejne wyznanie, którego pewnie w normalnych warunkach by nie złożyła, ale… ach. Koty. Koty przełamywały obyczaje, łagodziły złości, pomagały wyzdrowieć zwłaszcza na duszy. A Matka jej świadkiem, że Victoria potrzebowała w takim razie wielu kocich okładów. – Mogę gdzieś wpłacić jakiś datek na Azyl? – zapytała i wtedy właśnie zjawił się Erik. – Cześć, Erik. Nie znasz się, są piękne, wszystkie – pstrokate… Te kotki nie były pstrokate (były), były jedyne w swoim rodzaju i nie mogła przecież pozwolić by ktokolwiek tak nieładnie o nich mówił… zwłaszcza o niebieskim, którego właśnie nieświadomie zaczęła miziać po policzku, trzymając go oczywiście na rękach, delikatnie, jakby był z najcieńszej porcelany.
Mniej–więcej wtedy przy stoisku pojawił się Laurent, na widok którego Victoria rozpromieniła się jeszcze bardziej.
– Laurent, ale spotkanie! – uśmiechnęła się i odsunęła, robiąc mu miejsce przy koszyku z koteczkami, skoro był nimi zainteresowany.
Nie zdążyła odpowiedzieć Erikowi, kiedy po prostu zagapiła się na niego, kiedy jego włosy zaczęły zmieniać kolor. Aż przekrzywiła głowę i uniosła wyżej brwi.
– Ciekawe… – wyrwało jej się, zaśmiała się pod nosem i na moment przeniosła spojrzenie z Erika na koty i Laurenta, patrząc, jak długowłosa kicia się do niego przymila. Gdzieś po drodze skinęła Alastorowi, który był dzisiaj na służbie – prawdziwy pracoholik. Wtedy przypomniała sobie, że przecież Erik się do niej zwrócił i uświadomiła sobie, że przecież Nora zapakowała jej czekoladki. – Już się skusiłam. Ale w sumie… Może wzięłabym jeszcze trochę makaroników i pączków i… – uśmiechnęła się przepraszająco do Nory. – Sauriel zawsze tak chwalił i w końcu jest okazja osobiście – wytłumaczyła się.
Widząc kolejną osobę przy koszyku z kotkami uśmiechnęła się, tym bardziej, że po chwili rozpoznała Lyssę, córkę Vasilija, męża jej ulubionej kuzynki.
– Cześć, Lysso – przywitała się krótko.