Powiedzieć mu, że jest wkurwiający to jak próbować go poderwać. Dla niego to znakomity komplement, który mógłby słuchać praktycznie codziennie i nie miałby dość. Mało co go wprawiało w tak dobry nastrój, jak psucie go innym. I Staszek miał w zupełności rację. Louvain posiadał zdecydowanie zbyt prosty nos jak na gościa dla którego wyprowadzanie innych z równowagi było słodką przyjemnością. Nie to, że nigdy nie zarobił w ryja za swoje igranie na cudzych nerwach, jednak stosunek ciosów na nim do jego złośliwości przeważał na jego korzyść. Lestrange nawet nie zamierzał się wypierać, że to on był zazwyczaj prowodyrem największych głupot do jakich namawiał ich ekipę. To on z całej tej bandy był najbardziej konfliktowy i pierwszy mierzył z różdżki do oponentów, przez co wpakowywał chłopaków w masę zupełnie niepotrzebnych im tarapatów.
Jednak dla równowagi to działało w obie strony. Nigdy nie oszczędzał knykci jeśli trzeba było nadstawiać karku dla załogi. I nawet kiedy był w piku swojej sportowej kariery nie wyparł się bandy Borgina, chociaż towarzystwa mu wtedy nie brakowało. Nie zamknął się w swojej elitarnej bańce, dopuszczając do siebie tylko tych którzy próbowali wejść mu w tyłek dla profitów. Chętnie o nich wspominał kiedy był pytany o najbliższych, pewnie nawet częściej, niż o rodzinie. I obecnie dalej tak to działało. Bo gdyby, obecnie ścigany z urzędu Stanley miał faktycznie problemy, nie wahałby się przed niczym.
- Czy Ty łajzo właśnie stawiasz w jednej linii MOJĄ siostrę z mieszańcem?! - wyrwał nagle uniesionym tonem. I tutaj przestał się tak cwaniacko uśmiechać, bo ewidentnie nie spodobały mu się słowa przyjaciela. Temat Loretty był najbardziej drażliwym jaki tylko się przewijał wokół Louvaina. Granie mu na tę nuty wywoływało u niego wyłącznie negatywnie reakcje. Dlatego nerwowe stukanie obcasem buta o parkiet już mogła wybrzmieć w cudzych uszach. Oderwał się od oparcia krzesła, pochylając się nieco bardziej w kierunku Borgina, bo gra nagle zrobiła się poważna. - Na Twoim miejscu, nie chwaliłbym się głośno takim spowinowaceniem. - dorzucił wciąż utrzymując rozdrażniony i wzburzony ton. Może jako Louvain ze względu na przyjaźń, po prostu by to przemilczał, nawet jeśli nie do końca by się z nim zgadzał. Jednak jako lewa ręka był zobligowany do utrzymania spójności w dyscyplinie ideologicznej. No, a że chwilę wcześniej podirytował go wspominaniem o Lorettcie to był już nastawiony na bardziej zaczepny ton.
Westchnął ciężko bo im dłużej rozmawiali tym więcej cierpliwości go to kosztowało. Oj Stasiu, gdybyś tylko wiedział nieco więcej... Przewijało mu się w myślach, kiedy on wciąż i wciąż gadał o tym nasyłaniu kogoś na Ambrosie. Ze wszystkich okropieństw jakie się dopuścił na Kościanej Księżniczce, akurat ta sprawa ze szmalcownikami w Ataraxii była właściwie nawet romantyczna. W żadnym wypadku nie zamierzał teraz oświecać przyjaciela i przyznawać się do akcji ze świecznikiem, próbą otrucia Rosie krwią Blacków i jeszcze kilku innych przemocowych występków.
- Crawleyowie to wasze brudy, nie zawracaj mi nimi głowy. Ale odkąd Ambrosia dołączyła do nas, do niej również mam pełnię praw. - odburknął zniesmaczony. Co z tego, że jeszcze przed momentem żartował sobie jak duży chłopiec. Sprawy zrobiły się poważne odkąd wyciągnął to porównanie z bliźniaczką. A mówiąc "dołączyła do nas", nie miał namyśli stricte śmierciożerców, bo na to nie było zupełnie mowy. Dla takich jak McKinnon były jeszcze niższe szczeble w hierarchii, a Louvainowi w zupełności było to na rękę. W całkowitej ostateczności mógł mieć głęboko w dupie to co Stanley, Alex czy inny Hades mogą mu gadać. I tak zrobi z tym Kościanym zasobem to co będzie mu się żywnie podobało, a reszta będzie musiała się podporządkować, albo liczyć z konsekwencjami. Aczkolwiek była to wyłącznie opcja atomowa.
- Ale niech Ci będzie przyjacielu... Za śmierć zdrajców. - wyrzucił po chwili milczenia. Niezbyt ochoczo zerwał się do tego toastu, bo odczuwał jakby właśnie odstępował pola Borginowi, co było mu okropnie w niesmak. Jednak były rzeczy ważniejsze od jego wybujałego ego i przerośniętej dumy. Sprawy dużo większej wagi, niż jedna sponiewierana kochanka. Sumienie by mu nie dało w spokoju zasnąć, gdyby dosłownie pobiłby się z przyjacielem przez laskę. Dlatego uniósł ten kufel piwska w górę i stuknął się nim z panem kryminałem. - A jeśli faktycznie chcesz mi pomóc to jest jedna sprawa. Jakiś czas temu zrekrutowałem pewnego szwedzkiego dyrygenta, ale jak na muzyka jest całkiem skutecznym gościem na zlecenia. Łyk zimnego piwa od razu ostudził temperament, bo Lou szybciutko zmienił nastawienie i przeszedł do normalnej gadki. - Facet jest poszukiwany listem gończym i potrzebuję bezpiecznej lokacji na spotkania z nim. Głębina by się do tego świetnie nadawała. Dookreślił szybko o co dokładnie mu chodzi. Do tej pory Z Umbrielem spotykali się w starym mieszkaniu w niemagicznym Londynie i wiedział, że potrzebują usprawnienia komunikacji między nimi. Gdyby tak Briel mógł zostawiać wiadomości dla niego u Stanleya, na pewno ułatwiłoby to przekaz informacji z czołowym szmalcownikiem Londynu.
- Przemyśl to, a ja tymczasem będę się zbierał. Bo przesiąknę tym odorem już na zawsze. - rzucił zawadiacko. Właściwie to miał już wystarczająco ekscesów na dzisiaj. Zresztą nie wygodnie mu się siedział w atmosferze tego, że musiał mu odpuścić. Nie będzie teraz specjalnie udawał, że taki obrót spraw mu całkowicie odpowiada i będzie z uśmiechem dalej sączył ten browar. Jednak wybujałe ego to wybujałe ego. Przechylił kufel do końca, aż nie zobaczył przed dno mordy tego kryminalisty. Potem wstał zawinął się szatą, uścisnął przyjacielowi dłoń na pożegnanie i zawinął mandżur z tej mordowni.