a następnie: Południowe stragany – Château des Dragons
Grzecznie poczekała na zapakowanie reszty słodkości od Nory, a w tym czasie sięgnęła do torebki i wyciągnęła sakiewkę, z której wydobyła kilkanaście złotych galeonów, by wrzucić je do skarbonki w kształcie kota, a następnie, by zapłacić za te wszystkie słodycze i uśmiechnęła się do Nory z wdzięcznością.
– Poradzimy sobie na pewno. W razie czego napiszę, tak jak hm… Możemy przejść na ty? Jestem Victoria – i trzymając kota jedną ręką, wyciągnęła prawą dłoń do Nory w ramach przedstawienia się, by już na bok odłożyć te formalności, skoro dobrze obie wiedziały, kim są i jak się nazywają, i brakowało tylko zwyczajnie przełamania tej granicy. Miały przecież wspólnych znajomych i to całkiem sporo. – Więc w razie czego napiszę, tak jak sugerowałaś. Albo przyjdę – przecież wiedziała, gdzie Nora pracowała. Była tam co prawda raz, z Saurielem, ale ostatecznie odkąd Victoria przeniosła się do Londynu, to jakoś chętniej wychodziła pospacerować po Magicznym Londynie.
– Nie chodzi o brak mundury, Erik – powiadomiła go wspaniałomyślnie i wskazała ruchem głowy na jego głowę, ale Laurent był znacznie dosłowniejszy.
Uśmiechnęła się, słysząc jaka to kociczka spodobała się Laurentowi, albo raczej jaki to Laurent spodobał się Divie, bo to było oczywiste, że to kot wybierał sobie właściciela, a nie na odwrót. Tak jak Błękitny Kwiatuszek pasował do niej, tak królewna (bo taką się jawiła) Diva pasowała do Laurenta.
– Bardzo dziękuję i do zobaczenia – nie chciała robić sztucznego tłumu przy stoisku Nory, więc wziąwszy do ręki pusty koszyk po Błękitnym Kwiatuszku i odebrawszy wszystkie zapakowane słodkości, wsadziła je do swojej zaczarowanej torebki, by mogła pomieścić znacznie więcej, niż wydawało się z zewnątrz i odsunęła się na bok, kątem oka tylko dostrzegając, że ktoś przyszedł do Nory – i uśmiechnęła się do małej dziewczynki, Mabel, krótko, po czym się odwróciła.
Najwyraźniej i Erik wpadł w tym czasie na ten sam pomysł i odszedł w inna stronę, i Laurent również. Było tutaj trochę ludzi a Prewett był chyba mocno zaaferowany swoim nowym kotem, więc nie zauważył, że Victoria idzie w tym samym kierunku co on. Co prawda ona szła bez większego celu, chciała sobie pooglądać, co jest na jarmarku, ale to nic.
– Laurent! Poczekaj – zawołała za nim, ale nie podbiegła na tej szpilce i z kotem w ramionach, który był zadziwiająco grzeczny i spokojny, umościł się tylko wygodniej w jej ramionach, najwyraźniej rozumiejąc, że to jest teraz jego właścicielka – jego rodzina, i że nie zrobi mi żadnej krzywdy, ani do niej nie dopuści. Więc oparłszy łapki na jej ramieniu, z ciekawością oglądał otoczenie – jak to kot. W końcu go jednak dogoniła, bo odrobinę przyspieszyła kroku, kiedy stał już przy straganie Château des Dragons. Wtedy zobaczyła też Anthony’ego, który wyszedł się z nim przywitać i kobieta aż zerknęła na nazwę stragnau, po czym pokręciła głową. Powinna przewidzieć, że Shafiq się tutaj rozreklamuje, ale jakoś o tym wcześniej nie pomyślała. Ogólnie nie za wiele myśli poświęciła na ten jarmark, z początku nawet nie planując na niego iść. Ale… to była dobra decyzja. Najlepsza, jaką mogła podjąć, skoro w jej ramionach bezpiecznie spoczywał błękitny (dosłownie) kot.
– Witaj, Anthony – przywitała się z mężczyzną i uśmiechnęła leciutko. – Może i dla mnie znajdzie się jakieś wino?