25.05.2024, 11:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.05.2024, 12:05 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany, Château des Dragons
Anthony rozmawia z Victorią i jej osobą towarzyszącą.
Anthony rozmawia z Victorią i jej osobą towarzyszącą.
Ze wszystkich istot obecnych na jarmarku, najprawdopodobniej to rzeczywiście Shafiq byłby najbliżej tych tajemniczych pustynnych istot, nawet jeśli jego uroda daleka była od rejonów świata z których pochodziły dżiny. Nie mógł nikogo zmusić do miłości, ale uczynić księciem z dnia na dzień? Zapewnić dostatnie życie do końca dni? Karierę? Wystarczyło pstryknięcie długimi palcami, jeden uśmiech, jedno właściwie ułożone zdanie, które ściągnęłoby uwagę starego smoka i jego przychylność. Anthony szybko odkrył jak wielką przyjemność sprawia mu kolekcjonowanie rzeczy i w swoich podziemnych skarbcach miał ich na prawdę wiele. Bardzo szybko odkrył też, że mimo wszystko woli kolekcjonować ludzi, a klucz pod tę kolekcję był enigmatyczny nawet dla jego najbliższych przyjaciół.
Białowłose chłopię oczywiście mogłoby pojawić się na przyjęciu, Shafiq zastanawiał się nad tym raz czy dwa. Jakby zabrać mu te szmaty, pozostawiając ledwie kilka perłowych naszyjników i bransolet, jakby tak pobielić skórę, dodać kilka, a jakże! opalizujących łusek i ustawić w atrium przy fontannie jako żywą rzeźbę... Albo lepiej, w dłonie wsunąć paterę z masy perłowej na której ułożone będą winne grona dla gości? Zdawało się to dobrą opcją, szczególnie biorąc pod uwagę to, co wychodziło z jego ust na samo powitanie, gdy pozwalało mu się mówić.
– Victoria skarbie, Twoja uroda nieodmiennie przyćmiewa absolutnie wszystko co znajduje się w promieniu kilkunastu mil, jak miło mi Cię widzieć! – powitał z emfazą kobietę ignorując dwuznaczność, która wysmyknęła się z ust towarzyszącego jej mężczyzny. – Spodziewałem się naszego spotkania u Blacków na weselu, ale ten dzień momentalnie jest wspanialszym dniem, gdy choć przez moment mogę znaleźć się w obrębie Twojej cudownej aury. Kwitniesz kochana... – objął ją w pasie i ucałował w policzek serdecznie, otaczając ją przez moment letnią bryzą perfum, z lekko gorzkawą bergamotką położoną na cedrze i drewnie sandałowym podbitym ciepłem bursztynu. – Pamiętaj o mnie spoglądając na swój weselny karnet, bardzo liczę na chociaż jeden taniec... – wysunął rękę z uścisku by płynnym gestem chwycić jej palce i odcisnąć na wierzchu dłoni złączone wargi.
– Widzę, że nie macie naczyń, ale to absolutnie nie problem, Tahira...? – odwrócił się szukając wzrokiem czarnowłosej pracownicy, która akurat podawała butelkę wdzięcznej parze. Wzniósł tylko trzy palce ku górze, na co odpowiedziała mu tylko harda mina osoby, która najwidoczniej bardzo nie lubiła tego typu traktowania, ale nie zamierzała mu się sprzeciwiać. Dwa lśniące onyksy próbowały wyminąć jego osobę, krążyły wokół kociąt ale Anthony możliwie skutecznie zasłaniał jej widok. Cóż... Anthony pogodził się już za faktem, że jeśli ktoś tu rozdawał małe futrzaste kulki, to będzie musiał spędzić przy swoim stanowisku więcej czasu niż zakładał.
– Moja droga Victorio, a Twój towarzysz... Laurence? Lauriel? Czy dobrze kojarzę? – Za jego plecami o drewnianą ladę stuknęły trzy kieliszki, biegunowo odległe od kubeczków, które można było kupić za drobną opłatą. Kilku osobom z tłumu zaświeciły się na nie oczy, więc Anthony zachęcił gestem swoich rozmówców by przesunęli się kawałek od lady, aby dać miejsce zainteresowanym winem. Oczywiście wcześniej wsunął im w dłonie smocze kielichy których srebrzysta bestia obejmowała szklaną czaszę wypełniona perłowo różowym, migotliwym jak łuska patronującego im nad głową opalookiego trunkiem.
– Czy zechcecie podzielić się ze mną informacją, skąd macie takie śliczne... – sierściuchy? Nie, to niewłaściwe słowo, zwłaszcza w stronę kogoś kto najwidoczniej rozpływa się, trzymając kawałek futra w dłoni. – puchate koteczki? – zapytał, przywołując na twarzy uśmiech, jaki zwykle przyklejał do siebie, gdy ktoś chwalił się swoim nowo narodzonym dzieckiem.
Białowłose chłopię oczywiście mogłoby pojawić się na przyjęciu, Shafiq zastanawiał się nad tym raz czy dwa. Jakby zabrać mu te szmaty, pozostawiając ledwie kilka perłowych naszyjników i bransolet, jakby tak pobielić skórę, dodać kilka, a jakże! opalizujących łusek i ustawić w atrium przy fontannie jako żywą rzeźbę... Albo lepiej, w dłonie wsunąć paterę z masy perłowej na której ułożone będą winne grona dla gości? Zdawało się to dobrą opcją, szczególnie biorąc pod uwagę to, co wychodziło z jego ust na samo powitanie, gdy pozwalało mu się mówić.
– Victoria skarbie, Twoja uroda nieodmiennie przyćmiewa absolutnie wszystko co znajduje się w promieniu kilkunastu mil, jak miło mi Cię widzieć! – powitał z emfazą kobietę ignorując dwuznaczność, która wysmyknęła się z ust towarzyszącego jej mężczyzny. – Spodziewałem się naszego spotkania u Blacków na weselu, ale ten dzień momentalnie jest wspanialszym dniem, gdy choć przez moment mogę znaleźć się w obrębie Twojej cudownej aury. Kwitniesz kochana... – objął ją w pasie i ucałował w policzek serdecznie, otaczając ją przez moment letnią bryzą perfum, z lekko gorzkawą bergamotką położoną na cedrze i drewnie sandałowym podbitym ciepłem bursztynu. – Pamiętaj o mnie spoglądając na swój weselny karnet, bardzo liczę na chociaż jeden taniec... – wysunął rękę z uścisku by płynnym gestem chwycić jej palce i odcisnąć na wierzchu dłoni złączone wargi.
– Widzę, że nie macie naczyń, ale to absolutnie nie problem, Tahira...? – odwrócił się szukając wzrokiem czarnowłosej pracownicy, która akurat podawała butelkę wdzięcznej parze. Wzniósł tylko trzy palce ku górze, na co odpowiedziała mu tylko harda mina osoby, która najwidoczniej bardzo nie lubiła tego typu traktowania, ale nie zamierzała mu się sprzeciwiać. Dwa lśniące onyksy próbowały wyminąć jego osobę, krążyły wokół kociąt ale Anthony możliwie skutecznie zasłaniał jej widok. Cóż... Anthony pogodził się już za faktem, że jeśli ktoś tu rozdawał małe futrzaste kulki, to będzie musiał spędzić przy swoim stanowisku więcej czasu niż zakładał.
– Moja droga Victorio, a Twój towarzysz... Laurence? Lauriel? Czy dobrze kojarzę? – Za jego plecami o drewnianą ladę stuknęły trzy kieliszki, biegunowo odległe od kubeczków, które można było kupić za drobną opłatą. Kilku osobom z tłumu zaświeciły się na nie oczy, więc Anthony zachęcił gestem swoich rozmówców by przesunęli się kawałek od lady, aby dać miejsce zainteresowanym winem. Oczywiście wcześniej wsunął im w dłonie smocze kielichy których srebrzysta bestia obejmowała szklaną czaszę wypełniona perłowo różowym, migotliwym jak łuska patronującego im nad głową opalookiego trunkiem.
– Czy zechcecie podzielić się ze mną informacją, skąd macie takie śliczne... – sierściuchy? Nie, to niewłaściwe słowo, zwłaszcza w stronę kogoś kto najwidoczniej rozpływa się, trzymając kawałek futra w dłoni. – puchate koteczki? – zapytał, przywołując na twarzy uśmiech, jaki zwykle przyklejał do siebie, gdy ktoś chwalił się swoim nowo narodzonym dzieckiem.