Wzięła ze sobą koszyk z czysto pragmatycznego powodu: nie chciała kociaka zostawiać przy Norze, by ta nie pomyślała, że Błękitnego Kwiatuszka jednak nie chce ze sobą brać, serce by jej też pękło, gdyby i kociak tak pomyślał, z kolei teraz co prawda nosiła go na rękach, ale być może zwierzak w końcu poczuje się niepewnie i będzie wolał schować się w jakimś znanym mu miejscu – czyli w koszyku, gdzie miał koc, jakąś zabaweczka swoją, gdzie był jego zapach i tak dalej. Dlatego niosła ten koszyk, pomimo tego, że póki co błękitny kot spokojnie spoczywał w jej rękach. Skoro zaś Laurent usłyszał ją, zatrzymał się i poczekał, to zagadała go po drodze między innymi o te koty, pochwaliła śliczną Divę, przyznała, że wcale długo się wahała czy przyjść… takie tam.
Cicho zaśmiała się na to zaczepne pytanie Laurenta, skierowane do Anthony'ego, lecz nic na to nie powiedziała. Za to uśmiechnęła się promiennie do starszego z mężczyzn – tak, promiennie, bo choć ostatnie miesiące były dla niej odwrotnością łaskawości, o czym dobitnie wskazywały artykuły w gazetach, na temat tego, co wydarzyło się na Beltane, a tak się składało, że była jedną z czterech bohaterów tegoż wydarzenia, i teraz prawdziwym wybrykiem natury; pomimo ataku zabójcy, jaki miał na nią miejsce u końcu maja, pomimo tego, że prawie utonęła w czerwcu na Perle Morza, gdzie trafiła po zgłoszeniu strapionych rodziców, szukających swoich dzieci, pomimo tego, jak nagle zakończyło się jej narzeczeństwo z młodym Rookwoodem… dzisiaj promieniała, bo w swoich ramionach trzymała najprawdziwszy skarb, promieniała, pomimo czerni, w jaką była ubrana. Chyba ostatnio tak się uśmiechała kilka dni temu, gdy do domu przyniosła pierwszego małego kociaka, a ten… ten był drugi.
– Bardzo dziękuję, Anthony – już dawno przekroczyli tę granicę, w której mała Victoria mówiła do niego "wujku", a teraz w pierwszej chwili nastąpiło krótkie zawahanie, ale pozwoliła się objąć i nadstawił nawet policzek. Shafiq mógł wyczuć, że w gazetach nie kłamali i nie bez powodu nazywali takich jak ona Zimnymi – bo naprawdę była zimna jak trup, a przecież w tej chwili tak tryskała energią. Gdy krewny tak ją przytulił, to mógł wyczuć i jej lekkie perfumy – kwiatowe, łączące w sobie zapach bzu i fiołków, ale była w tym też ciepła nuta piżma. – Jak za starych dobrych czasów, co? Oczywiście, wpiszę cię w kolejkę – to był oczywiście żart, bo żadnej kolejki nie było, ani żadnych zapisów, za to Victoria uwielbiała tańczyć i było bardziej niż pewne, że na tym parkiecie będzie można ją znaleźć. Pozwoliła się też ucałować w dłoń i to był dobry moment na to, by panów sobie przedstawić, bo najwyraźniej nie mieli na to wcześniej okazji – co odrobinę ja zadziwiło, bo odnosiła wrażenie że i Anthony zna wszystkich, i że Laurent też zna wszystkich.
– Laurent – poprawiła Anthony'ego delikatnie, na momencik tylko rzucając spojrzenie na egzotyczną piękność, która zajmowała swoje miejsce za ladą. – Laurent Prewett, mój drogi przyjaciel – i nie było w jej słowach ani grama przesady wynikającej z kurtuazji, bo Laurent naprawdę był jej drogim przyjacielem. Najdroższym, kimś z kim czasami rozumiała się naprawdę bez słów. I uśmiechnęła się delikatnie po czym zwróciła się do Laurenta. – A to Anthony Shafiq, mój wuj po kądzieli – i jednocześnie wdowiec po dalszej kuzynce ze strony ojca… ogólnie byli ze sobą spokrewnieni od dwóch stron, ale nie chciała teraz psuć nastroju przypomnieniem o śmierci żony, zresztą dla niej zawsze bardziej był rodziną po Parkinsonach.
Przesunęła się bliżej lady, tak jak zasugerował Anthony, biorąc też w wolną dłoń kielich ze smoczym motywem. Zakołysała nim lekko, by wprawić płyn w ruch, wydobywając jego zapach – jak to należało zrobić przy degustacji wina i dopiero gdy już powąchała, umoczyła usta, biorąc mały łyk.
– Pyszne, jak zawsze – pochwaliła, całkiem pewna, że Laurent, znając jego, będzie miał trochę więcej do powiedzenia. A co do… puchatych koreczków, przy których Shafiq się zawahał… – Od panny Figg. Przyniosła cztery potrzebujące maluchy do adopcji i zbierają datki na Koci Azyl.