26.05.2024, 15:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2024, 15:12 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany, Château des Dragons
Uśmiechy, uśmieszki, uśmieszuszki, to wszystko miało swoje cieniowanie, kolory i posmaki mieniące się jak łuska opalookiego smoka, czy może raczej jego figury strzegącej degustatorów. Różnice były subtelne, pojawienie się Victorii dodało dwie zmarszczki w oprawie oczu, iskrę życzliwości wznieconą przez krzesiwo nostalgii i hubke czasu, jaki Shafiq poświęcił jej osobie przez lata, a nie okruchy niezobowiązujących interakcji na przyjęciach. A jednak zestawienie ich teraz razem, niczym wschodniego koła ying i yang, było interesującym doświadczeniem na poziomie choćby estetycznym. Fakt jak biegunowo podchodził do obu istnień również.
– Wuj... błagam Cię, nie postarzaj mnie bardziej niż coroczne laurki, których jedynym przeznaczeniem jest płynąć w dal pośród morskiego przestworu mojej przydomowej fontanny – zaśmiał się, pijąc wino ze swojego kilszka, choć może raczej mocząc usta, bo podobnie jak wrażliwe kubeczki smakowe Laurenta, tak i jego nie przepadały za rocznym winem, zbyt lekkim, zbyt niezobowiązującym. Komentarz białowłosego chłopca był więc tak uszczypliwy jak adekwatny, Anthony'emu nawet nie przyszło więc na myśl by skomentować jego nagłe odejście.
– Tylko cztery? – mimowolnie rozejrzał się po świętujących w poszukiwaniu kolejnych dwóch okazów. Nie chciał trwać przy swoim trunku cały czas, obiecał kilku osobom, że pojawi się gdzieś indziej, tymczasem czuł podskórnie, że pozostawianie afrykańskiej piękności o złotych nie do końca przyklejonych, a zupełnie naturalnych łuskach byłoby ryzykiem, na które nie chciał sobie pozwalać. Przechylił naczynie znowu, choć migotliwego płynu z niego nie ubywało ani odrobinę. – Jaka szkoda – skłamał gładko, skupiając się już w całości na ślicznej, choć nienaturalnie zimnej twarzyczce swojej krewniaczki. Serce bolało go od tej tragedii, choć bardziej niż smutek czuł wdzięczność za fakt, że ów chłód nie był ostateczny, a jej duch wciąż pozostawał pośród nich. Dopóki uśmiechała się, dopóki roztaczała swój czas – dopóty była nadzieja.– Podejrzewam, że święto żniw sprzyjałoby wielu sercom na to, by otworzyć się na te osamotnione stworzenia.
– Wuj... błagam Cię, nie postarzaj mnie bardziej niż coroczne laurki, których jedynym przeznaczeniem jest płynąć w dal pośród morskiego przestworu mojej przydomowej fontanny – zaśmiał się, pijąc wino ze swojego kilszka, choć może raczej mocząc usta, bo podobnie jak wrażliwe kubeczki smakowe Laurenta, tak i jego nie przepadały za rocznym winem, zbyt lekkim, zbyt niezobowiązującym. Komentarz białowłosego chłopca był więc tak uszczypliwy jak adekwatny, Anthony'emu nawet nie przyszło więc na myśl by skomentować jego nagłe odejście.
– Tylko cztery? – mimowolnie rozejrzał się po świętujących w poszukiwaniu kolejnych dwóch okazów. Nie chciał trwać przy swoim trunku cały czas, obiecał kilku osobom, że pojawi się gdzieś indziej, tymczasem czuł podskórnie, że pozostawianie afrykańskiej piękności o złotych nie do końca przyklejonych, a zupełnie naturalnych łuskach byłoby ryzykiem, na które nie chciał sobie pozwalać. Przechylił naczynie znowu, choć migotliwego płynu z niego nie ubywało ani odrobinę. – Jaka szkoda – skłamał gładko, skupiając się już w całości na ślicznej, choć nienaturalnie zimnej twarzyczce swojej krewniaczki. Serce bolało go od tej tragedii, choć bardziej niż smutek czuł wdzięczność za fakt, że ów chłód nie był ostateczny, a jej duch wciąż pozostawał pośród nich. Dopóki uśmiechała się, dopóki roztaczała swój czas – dopóty była nadzieja.– Podejrzewam, że święto żniw sprzyjałoby wielu sercom na to, by otworzyć się na te osamotnione stworzenia.