26.05.2024, 19:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.05.2024, 19:49 przez Lorien Mulciber.)
Aktualnie znajduje się razem z Richardem pomiędzy straganami północnymi, a strefą gastronomiczną.
Nie trzeba było Lorien specjalnie długo namawiać na wyjście. Nawet jeśli w grę wchodziły tłumy i typowy dla takich imprez chaos – ta była pierwsza przy drzwiach. Sytuacja diametralnie różna od tego co działo się parę dni temu, gdy musiała iść do Dziurawego Kotła.
Oczywiście – chodziło przecież tylko i wyłącznie o małą kontrolę rodzicielską. Tylko tyle. Zaraz potem mogli wracać do domu. Albo… Jeszcze lepiej. Zostać.
Kiermasz to były wszystkie te malutkie, zachęcające, pełne bibelotów i przydasiów, kramów i straganów. W przeciwieństwie do Roberta uwielbiała się szwendać po takich miejscach, momentami przypominając małą srokę. Byłaby w stanie przygarnąć i kolekcjonować wszystko co się błyszczy.
Ozdoby. Drobiazgi. Biżuterię. Głównie biżuterię.
Gdy tylko weszli na teren kiermaszu zaczęła się rozglądać. Wymieniła grzeczności z jedną z dziewczyn, które zatrudniły się na początku roku w Ministerstwie akurat w jej dziale, a która ją rozpoznała. Nie zdążyła nawet przypomnieć sobie imienia stażystki, kiedy tą porwał roześmiany tłum znajomych.
Przegapiła przez to pytanie Roberta. Może i lepiej? Uratowało go to przed oburzoną miną żony, która z pewnością byłaby w stanie odnaleźć stoisko i wiedziała dokładnie, gdzie przebywa Charles (spoiler: nie wiedziała, nie widziała praktycznie nic w tym tłumie. Ale to nie miało żadnego znaczenia).
Już otworzyła usta, żeby zaproponować mężowi spacer – jeden ten z tych „ekstremalnie romantycznych”, żeby mógł całemu światu zaprezentować jak bardzo ją kocha obsypując ją prezentami. Ale się zmył, rzucając tylko „muszę z kimś porozmawiać.”
Oczywiście. Mogła się tego spodziewać.
Załamała tylko ręce, przez moment patrząc za Robertem. Przez sekundę wyglądała nawet na mocno zawiedzioną. Ale szybko skupiła swoją uwagę na Richardzie, który z jakiegoś powodu postanowił na razie przy niej zostać.
- Ochronę?- Powtórzyła niemal ze śmiechem. Przecież nic nigdy złego nie stało się na sabacie, prawda? Przemyślała poważnie kwestię samotnego błądzenia wśród straganów – nie miała nic przeciwko, ale… No właśnie. Gdzieś z tyłu głowy zawsze tkwiło to cholerne „ale”. Nie chciała przyznawać, że ostatnie miesiące wciąż pozostawiły w niej potrzebę przebywania przy kimś. Profilaktycznie. Na wszelki wypadek.
Maska silnej i niezależnej pani Mulciber była tak krucha jak jej kontrola nad mocniejszymi emocjami.
Ale tego akurat Richard nie musiał wiedzieć. Najwyraźniej uznała, że nie ma za wiele do stracenia, bo ostatecznie chwyciła szwagra pod ramię, pociągając go nieco w dół – na tyle, żeby obojgu było względnie wygodnie – on nie musiał się nachylać, ona nie musiała się przesadnie wyciągać. Jedyne czego mógł szybko pożałować to fakt, że raczej nie będzie to specjalnie szybki obchód po straganach – Lorien w swoich szpilkach (nawet jeśli dzisiaj założyła zadziwiająco niskie) ani myślała truchtać, żeby dotrzymać Richardowi kroku. W ogóle wyglądała dzisiaj… inaczej. Pogodniej. Pierwszy raz od powrotu ze Szkocji.
Lammas było jednym z tych świąt, w które wręcz nie wypadało się smucić. Nie było czasu na melancholię i żale. I to wyraźnie oddziaływało na Lorien, kiedy tak stała na placu w swojej zwiewnej, beżowej sukience. Zadarła lekko głowę, zerkając na Richarda znad swoich okularów przeciwsłonecznych.
- Chcesz zajrzeć do Charliego?- Zapytała. Nawet jeśli mieli się i tak tam później spotkać z Robertem nic nie szkodziło tylko przelotnie zerknąć, czy wszystko było w porządku. Czy stoisko stoi, nic nie płonie. A potem mogliby już ze spokojną duszą poszukać ciekawszego zajęcia. Tak naprawdę, gdzie pójdą pozostawiła do decyzji szwagrowi. Obrał inny kierunek? Nie oponowała.
- Myślałeś o powrocie do pracy?- Zagadała, dając mu przy okazji do zrozumienia, że widzi jego mocno zachowawczą postawę. Zachowywał się momentami jak brygadzista na patrolu, obserwując wszystko jakby spodziewał się ataku z każdej strony. Raz Auror, całe życie Auror.[/u]
Nie trzeba było Lorien specjalnie długo namawiać na wyjście. Nawet jeśli w grę wchodziły tłumy i typowy dla takich imprez chaos – ta była pierwsza przy drzwiach. Sytuacja diametralnie różna od tego co działo się parę dni temu, gdy musiała iść do Dziurawego Kotła.
Oczywiście – chodziło przecież tylko i wyłącznie o małą kontrolę rodzicielską. Tylko tyle. Zaraz potem mogli wracać do domu. Albo… Jeszcze lepiej. Zostać.
Kiermasz to były wszystkie te malutkie, zachęcające, pełne bibelotów i przydasiów, kramów i straganów. W przeciwieństwie do Roberta uwielbiała się szwendać po takich miejscach, momentami przypominając małą srokę. Byłaby w stanie przygarnąć i kolekcjonować wszystko co się błyszczy.
Ozdoby. Drobiazgi. Biżuterię. Głównie biżuterię.
Gdy tylko weszli na teren kiermaszu zaczęła się rozglądać. Wymieniła grzeczności z jedną z dziewczyn, które zatrudniły się na początku roku w Ministerstwie akurat w jej dziale, a która ją rozpoznała. Nie zdążyła nawet przypomnieć sobie imienia stażystki, kiedy tą porwał roześmiany tłum znajomych.
Przegapiła przez to pytanie Roberta. Może i lepiej? Uratowało go to przed oburzoną miną żony, która z pewnością byłaby w stanie odnaleźć stoisko i wiedziała dokładnie, gdzie przebywa Charles (spoiler: nie wiedziała, nie widziała praktycznie nic w tym tłumie. Ale to nie miało żadnego znaczenia).
Już otworzyła usta, żeby zaproponować mężowi spacer – jeden ten z tych „ekstremalnie romantycznych”, żeby mógł całemu światu zaprezentować jak bardzo ją kocha obsypując ją prezentami. Ale się zmył, rzucając tylko „muszę z kimś porozmawiać.”
Oczywiście. Mogła się tego spodziewać.
Załamała tylko ręce, przez moment patrząc za Robertem. Przez sekundę wyglądała nawet na mocno zawiedzioną. Ale szybko skupiła swoją uwagę na Richardzie, który z jakiegoś powodu postanowił na razie przy niej zostać.
- Ochronę?- Powtórzyła niemal ze śmiechem. Przecież nic nigdy złego nie stało się na sabacie, prawda? Przemyślała poważnie kwestię samotnego błądzenia wśród straganów – nie miała nic przeciwko, ale… No właśnie. Gdzieś z tyłu głowy zawsze tkwiło to cholerne „ale”. Nie chciała przyznawać, że ostatnie miesiące wciąż pozostawiły w niej potrzebę przebywania przy kimś. Profilaktycznie. Na wszelki wypadek.
Maska silnej i niezależnej pani Mulciber była tak krucha jak jej kontrola nad mocniejszymi emocjami.
Ale tego akurat Richard nie musiał wiedzieć. Najwyraźniej uznała, że nie ma za wiele do stracenia, bo ostatecznie chwyciła szwagra pod ramię, pociągając go nieco w dół – na tyle, żeby obojgu było względnie wygodnie – on nie musiał się nachylać, ona nie musiała się przesadnie wyciągać. Jedyne czego mógł szybko pożałować to fakt, że raczej nie będzie to specjalnie szybki obchód po straganach – Lorien w swoich szpilkach (nawet jeśli dzisiaj założyła zadziwiająco niskie) ani myślała truchtać, żeby dotrzymać Richardowi kroku. W ogóle wyglądała dzisiaj… inaczej. Pogodniej. Pierwszy raz od powrotu ze Szkocji.
Lammas było jednym z tych świąt, w które wręcz nie wypadało się smucić. Nie było czasu na melancholię i żale. I to wyraźnie oddziaływało na Lorien, kiedy tak stała na placu w swojej zwiewnej, beżowej sukience. Zadarła lekko głowę, zerkając na Richarda znad swoich okularów przeciwsłonecznych.
- Chcesz zajrzeć do Charliego?- Zapytała. Nawet jeśli mieli się i tak tam później spotkać z Robertem nic nie szkodziło tylko przelotnie zerknąć, czy wszystko było w porządku. Czy stoisko stoi, nic nie płonie. A potem mogliby już ze spokojną duszą poszukać ciekawszego zajęcia. Tak naprawdę, gdzie pójdą pozostawiła do decyzji szwagrowi. Obrał inny kierunek? Nie oponowała.
- Myślałeś o powrocie do pracy?- Zagadała, dając mu przy okazji do zrozumienia, że widzi jego mocno zachowawczą postawę. Zachowywał się momentami jak brygadzista na patrolu, obserwując wszystko jakby spodziewał się ataku z każdej strony. Raz Auror, całe życie Auror.[/u]