Uśmiechnęła się do Anthony’ego, przymrużając swoje duże, ciemnobrązowe oczy. Akurat jej uśmiech w tym towarzystwie był szczery – teraz już była pewna, że przyjście na ten kiermasz, to była dobra decyzja, nawet jeśli miała się tutaj pokręcić tylko przez chwilkę. Była szczęśliwa, a rozpierało ją szczęście, że mogła pomóc temu biednemu kotkowi, którego teraz trzymała w ramionach, i który rozglądał się z ciekawością na boki, węsząc swoim małym noskiem tak, ze aż mu się wibrysy trzęsły. Na pewno się wyróżnił – niebiesko umaszczony kot, na czarnym płótnie, jakim była sama Victoria i jej ubiór.
– Wybacz, tak było najprościej wszystko opisać jednym słowem – to znaczy skąd się znają i kim dla siebie są – to jest rodziną, co nie było ani trochę oczywiste, zważywszy na jej nazwisko i jego nazwisko… Ktoś musiał głęboko siedzieć w ich drzewie genealogicznym, by było to jasne. Uśmiechnęła się raz jeszcze i ponownie zanurzyła usta w winie. Jej akurat nie przeszkadzało, że było tak lekkie – a przynajmniej nie przeszkadzało jej dzisiaj. – Tak, kilkoro mam w rodzinie – zaśmiała się cicho, bo rzeczywiście daleko nie trzeba było szukać: Loretta i Louvain Lestrange, albo Vakel Dolohov, nie jej bezpośrednia rodzina, ale mąż drogiej kuzynki, Annaleigh Lestarnge. No i Anthony, ale on akurat od drugiej strony rodziny, tej znacznie… spokojniejszej. A przynajmniej spokojniejszej pozornie, bo kto wie, co wyrabiała na przykład taka Elizabeth, jej babcia… oooch.
– Dobrze, później cię znajdę – uśmiechnęła się do Laurenta, gdy postanowił się odłączyć. Może potrzebował pobyć sam? Nie zamierzała się więc narzucać – niech spedzi chwilę czasu sam na sam ze swoją kicią… A może z kimś się tutaj umówił? Ostatecznie to ona się do niego dokleiła. Miała jednak na tyle wyczucia, by nie zmuszać go do swojego towarzystwa, jeśli nie miał na nie ochoty… Kiwnęła więc do Laurenta, gdy ten odchodził, i zaraz swoją uwagę przeniosła na powrót do Anthony’ego.
– Były cztery koszyki – uniosła rękę, na której wisiało jej ucho jednego z nich, które wzięła, by za jakiś czas schować tam Kwiatuszka. – I cztery kotki. Wszystkie to takie biedactwa, trochę skrzywdzone przez czarodziejów, albo dzieci. Na przykład na Kwiatuszka rzucono czar i nie da się go nijak rozproszyć, dlatego jest niebieski. Podobno świeci w ciemności – pogłaskała kota po głowie, a ten spojrzał na nią, jakby rozumiał, co mówiła. – Kiedy tam byłam, to prawie wszystkie znalazły nowego właściciela, został jeden. Ale jestem pewna, że i on szybko dostanie nowy dom – mówiła dalej i ponownie sięgnęła po kieliszek. – A co, szukasz mruczącego towarzysza dla siebie? – zapytała i przymrużyła oczy. – Możesz pogłaskać Kwiatuszka, pewnie nie będzie miał nic przeciwko – zachichotała. To pewnie był dla kota dzień pełen wrażeń. Normalnie dałaby go potrzymać Anthony’emu, ale przyszło jej do głowy, że to może być dla kota nieco zbyt wiele stresów i wrażeń na raz, dlatego jednak tego nie zaproponowała. – Chętnie wezmę ze sobą jakąś butelkę, tak swoją drogą – dobrego wina nigdy w domu za wiele, prawda?