Na słowa Lorien, jedynie się uśmiechnął. Nie zamierzał jej tłumaczyć, jakie to teraz koweny czy sabaty są niebezpieczne. Niech żyje wizją, że nic się przecież nie wydarzy. To nie Beltane, gdzie będą ścinać głowy i rozpalać ogniska. Nie dzika Litha… Na której i tak go nie było. Wiedział tyle, co mu opowiadano i wyczytał z gazet. Z kolei o majowym sabacie wiedział dość dużo i nie musiał uczestniczyć.
Ruszył z Lorien dalej, spacerkiem, wolnym, że Richard zdążył wypalić swojego papierosa i przydeptać go do ziemi butem.
Jako uczestnik, na takich wydarzeniach dawno nie był. Może jak dzieciaki były jeszcze małe? Tyle, że w Norwegii nieco inaczej to wszystko wyglądało. Inny klimat, duża różnorodność w porównaniu z tutejszymi zwyczajami. Na przestrzeli lat, organizacja mogła się zmienić. Jak ten Lammas, który postanowili zorganizować w głównej części magicznej miasta, niż tam gdzie zawsze.
Mijali właśnie stragan, będący winiarnią o nazwie "Château des Dragons”. Rzucił tam spojrzeniem i uniósł brew ku górze. ”Shafiq, tutaj?” – pomyślał. Tego się co prawda nie spodziewał. Nie zdążył nawet się zatrzymać, kiedy w tym momencie, Lorien próbowała mu odpowiedzieć na jego potwierdzenie dotyczące zawodu, a zaraz został pociągnięty dwa stragany dalej. Dopiero wtedy zauważył, gdzie go Lorien zabrała. W liczny tłum okupujący stoisko "Biżuterii Viorici”. ”O Ty Sroko Mulciberska…” – pomyślał, powstrzymując się od wypowiedzenia tych słów na głos.
Westchnął, chowając ręce do kieszeni spodni. Musiał pilnować Lorien, aby nie zginęła mu tutaj. Nie wciskał się w tłum bab, które miały jakieś syndrom posiadania kolekcji biżuteryjnej. Stanął tak, aby mieć na widoku Lorien i nie utrudniać nikomu przejścia do stoiska Vioronici. Tym samym spojrzał raz jeszcze w kierunku straganu Shafiqa, a po chwili w drugim. Tutaj nie tylko zaskoczenie miał wymalowane na twarzy. ”Co ona tutaj odpierdala?” – skomentował w myślach, widząc… SOPHIE i jej cytrynówkę?