Wyjazd do Norwegii nie był czymś, co musieli ukrywać przed innymi członkami rodziny. Związany z rodzinnym biznesem, zaliczał się do grona tych spraw, o których mogli mówić otwarcie. Dlatego też nie miał większych oporów przed tym, aby poruszyć go przy stole; aby zadać wiążące się z nim pytanie.
Kiedy zainteresowała się tym Lorien, w odpowiedzi zdążył jedynie kiwnąć głową. Niczego od siebie w tym temacie nie dodał. Wyglądało bowiem na to, że wystarczająco dużo padło ze strony brata. Nie czuł się więc w obowiązku wszystkiego dodatkowo tłumaczyć. Zwłaszcza że niczego więcej do dodania tutaj nie miał.
- Doskonale. - zwrócił się zamiast tego do Richarda. Tutaj również dopilnował, żeby z jego strony nie padło przypadkiem zbyt wiele słów. To jedno zamykał temat. Pozwalało na nowo zająć się śniadaniem, które kiedyś należało wreszcie dokończyć. Zwłaszcza, że przecież żadne z nich nie zamierzało spędzać tutaj całego poranka. Mieli swoje sprawy. Każde z nich posiadało własne obowiązki.
A przynajmniej tak to wyglądało w przypadku Roberta.
Skupiony na kiełbasce, starał się tak po prostu ignorować wszystko inne, co działo się przy stole. Nie było to jednak proste w momencie, kiedy Sophie odciągnęła na bok Stanleya. I cholera jedna wie, co z nim robiła. O czym Ci dwoje ze sobą rozmawiali. Zdarzyło się nawet z raz czy dwa, że zerknął kontrolnie dokładnie w tym kierunku, w którym zniknęli jego syn i córka. Gdyby ktoś zwrócił w tym momencie na niego uwagę, mógłby to dostrzec. A gdyby był to ktoś odpowiedni, być może nawet byłby w stanie wyciągnąć z tych obserwacji właściwe wnioski. Dostrzec te nieszczęsne obawy, którym Robert tak bardzo starał się nie pozwolić wybrzmieć.
Wreszcie musiał na kimś wyładować swoją irytację. Tę irytacje, która od kilku dobrych minut, stopniowo w nim narastała. Odłożył widelec, nóż, oderwał spojrzenie od talerza, którym starał się zająć. Starał się dość nieudolnie, skoro na każdym kroku coś zdawało mu się przeszkadzać; coś odciągało jego uwagę. Był trochę jak ta baletnica, która narzekała na wszystko. Włącznie z rąbkiem własnej spódnicy. Obwiniała wszystko i wszystkich, zarazem nie dostrzegając żadnej winy po swojej stronie.
- Domyślam się, że w Norwegii panowały nieco inne zasady, ale teraz jesteśmy wszyscy w Londynie, w moim domu, i co istotne, nie zamierzam się w tym temacie powtarzać. - zaczął. Nie podnosił głosu, jeśli nie od razu na jego słowa zareagowali, nie od razu skupili uwagę na jego osobie, to dał im na to jeszcze trochę czasu. Liczył na to, że spokój z jakim starał się to wszystko przekazać, okaże się wystarczający. - Bardzo, ale to bardzo, nie podoba mi się przebieg tego wspólnego śniadania. Wprowadzacie wiele chaosu. Zachowujecie się jak dzieci, jakbyście nadal mieli mleko pod nosem, choć każde z was jest już pełnoletnie. Swoją drogą jest to naprawdę bardzo rozczarowujące. - tutaj pozwolił sobie na moment zbłądzić spojrzeniem w kierunku brata. Czyżby w stosunku do niego również miał zastrzeżenia? Nawet jeśli tak było, niczego nie powiedział, zamiast tego kolejny raz spojrzał to na Charlesa, to na Leonarda. Sophie była nieobecna, tym samym ta pogadanka miała jej umknąć. Przynajmniej tym razem. - Mam nadzieje, że następnym razem weźmiecie pod uwagę, że nie jesteście tutaj sami. Każdy z nas ma prawo do tego, żeby móc w komfortowych dla siebie warunkach zjeść posiłek. Byłbym prawdziwie zawiedziony, gdyby ta sytuacja się jeszcze kiedyś powtórzyła.
tura do 29.05