Nie chciało mu się iść na to wesele i obwieścił to już kiedy dostali z Victorią wspólne zaproszenia. Imprezy tych nowobogackich szmat? A w życiu! Kiedy ma się życie tak długie to te słowa stawały się tragicznie wiążące. Nie chciało mu się iść wtedy, a potem było tylko gorzej. Z tragicznymi humorami, albo wpadaniem w idiotyczne zajęcia, które te humorki rozpędzały u chimerycznego Kota. No i tak od słowa do słowa... wyszło na to, że na ślubie jednak pojawił się z kobietą, z którą zerwał zaręczyny - Victorią Lestrange. Nie miał nic przeciwko, a i dobry nastrój z poczuciem, że trzeba przecież jednak kibicować swojej morderczej kuzyneczce w jej drodze życia, w końcu pchnął go do tego, żeby się ruszyć na to weselisko. Może będzie wuj? Niech bogowie dadzą (jacykolwiek by nie patrzyli), żeby był. Jego ulubiony członek rodziny Chester Rookwood, którego słodki upadek wisiał w powietrzu, a jego zapowiedź już świętował z Bellatrix Black, którą, swoją drogą, miał wielką nadzieję tutaj spotkać i zatańczyć z nią taniec czy dwa. Kiedy już potańczy sobie z Victorią, rzecz jasna.
Jak na razie wolny atom, którym był, szukał swojego... e... no teść to to nie był. Ani żaden ten... bratanek... siostrzeniec... to też nie to spowinowacenie. Głowił się nad tym chwilę, w końcu zmarszczył nos z irytacji i porzucił to trudne zagadnienie w chuj. Gdyby był tutaj Stanley, to pewnie by mu pomógł, ale że z jakiegoś powodu (niezrozumiałego) był poszukiwany przez Ministerstwo (kurwa skandaliczne) to musiał obejść się bez swojej drugiej połówki mózgu. Tej mniejszej co prawda, ale jednocześnie większej. Co ta perspektywa robiła z ludźmi...
Więc ten wolny atom, którym był i który właśnie przechadzał się między gośćmi, przybrana w czerń zjawa o mlecznej karnacji, owinięta wonią cięższych perfum i smrodem papierosów, poszukiwała swojej ofiary. To jest - pana młodego. Z uśmieszkiem zadowolenia na twarzy, spoglądając na gości jak na krwiste, soczyste steki, z gracją kota na polowaniu. Chociaż, całkowicie naturalnie, był bardzo kulturalnym koteczkiem i nie zjadał myszek o czarnej krwi między tyloma gośćmi! Narkotyki cenna rzecz, ale bez przesady.
- Nooo, Peersi..! - Aż podniósł głowę i uśmiechnął się szeroko, rozciągając umięśnione ramiona. Czerń jego garnituru i niedbale rozpiętej pod szyją koszuli odsłaniającej obojczyk, dopełniona była drobinami srebra - a to kolczyki, a to łańcuszek, a to rodowy sygnet. Teraz podszedł do Perseusa i jakby byli najlepszymi przyjaciółmi objął go swoimi zimnymi ramionami i zdrowo poklepał po plecach. Prawdopodobnie odrobinę za mocno. Prawdopodobnie też celowo odrobinę za mocno. Odsunął go od siebie niczym ojciec, który ocenia draba, który zabrał mu jego córeczkę. Przejechał dłońmi po jego ramionach, położył opiekuńczo dłoń na barku... bardzo ciężką dłoń na barku... - Moje gratulacje! - Uśmiechnął się promiennie. - Piękne wesele i piękne małżeństwo, będziesz miał też zajebiście piękną śmierć jak skrzywdzisz Vesperę, więc baw się tak samo dobrze, jak ja. - Klepnął go jeszcze raz, pacnął dłonią w głowę Vesperę i się od nich odsunął, wypatrując swoim drapieżnym, czarnym okiem nowej ofiary... takiej rudej najlepiej. A jeszcze lepiej - whsikey.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.