27.05.2024, 18:08 ✶
Południowe stragany
Bertie, Alastor, Millie
Bertie, Alastor, Millie
Bertie miał być stylowo spóźniony na Lammas. Dokańczał ostatnie obowiązki, którymi musiał się zająć przed opuszczeniem domu, aż wreszcie zakręciło go nosie. Okropnie, tak jak jeszcze chyba nigdy i wreszcie, akurat kiedy chował do szafki słoiki z dżemem, kichnął.
Szarpnęło nim, kiedy teleportacja zadziałała i porwała go ze sobą, wrzucając niby w młyn. Bertie krzyczał, a może raczej bardzo chciał krzyczeć, kiedy czuł jak przerażające uczucie przenika go na wskroś i kiedy dotarła do niego myśl, że chyba zaraz się tutaj rozszczepi. Dlatego właśnie wolał swój motocykl albo podróże konne - wydawały mu się o wiele bardziej bezpieczne, bo potrzeba było poważnego wypadku, żeby coś oderwało ci rękę a taka teleportacja? Właśnie zbierała swoje żniwo.
Przepraszam Alastorze, że nie było mnie przy tobie w moich ostatnich chwilach, pomyślał z rozżaleniem, bo zawsze myślał że ostatnią rzeczą, jaką przyjdzie mu oglądać, to twarz jego najdroższego przyjaciela.
A potem faktycznie go zobaczył.
- Alek! Myślałem że umrę! - oznajmił żałosnym głosem, rzucając się na niego z otwartymi ramionami. W ten uścisk załapała się tez Millie, która aktualnie też tuliła się do brata. Ale nikomu w niczym to nie przeszkadzało. No, przynajmniej nie Bertiemu. - Kichnąłem! Kichnąłem rozumiecie, a potem mnie tak skręciło, że myślałem że mnie tam zaraz rozczłonkuje i umrę w teleportacyjnym niebycie i nikt nie będzie wiedział gdzie mnie w ogóle szukać. - załkał prawie, ściskając ich z całej siły. - Już myślałem, że cię nigdy nie zobaczę. Że was nie zobacze - poprawił się niezwykle gładko, bez mrugnięcia okiem. - Jakie szczęście, o Merlinie. Jakie szczęście.