27.05.2024, 19:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2024, 19:04 przez Sebastian Macmillan.)
Południowe stragany - stoisko kowenu
Kończę transakcję z Geraldine, a potem rozmawiam z Brenną.
W skupieniu słuchał zaleceń Geraldine względem koszul, które miały być dopasowane do sylwetki jej brata. Wbił wzrok w rozstawione na stoisku modele, przesuwając palcami po coraz to większych rozmiarach. Stoisko kowenu nie było sklepikiem odzieżowym. Raczej nie robili ciuchów na miarę i to z czysto prozaicznego powodu. Nie było na to środków. Chociaż zaklęcia transmutacyjne dawały całkiem niezłe skutki, tak rzemieślniczki wolały sprzedawać produkty, które nie rozpadną się w rękach po kilku tygodniach pod wpływem zużytej energii magicznej, która regulowała wygląd danego odzienia.
— Rozumiem, że brat wierzący? — spytał, przy okazji nakazując swemu asystentowi przejrzenie kartonów z większymi rozmiarami t-shirtów. — Proszę mu przekazać, że bardzo chętnie zobaczymy go podczas niedzielnych obrządków w kwaterze głównej. W tych czasach chwila wyciszenia przyda się każdemu.
A zwłaszcza łowczym, pomyślał przelotnie, od razu szufladkując krewniaka Geraldine, jako kogoś z kim dzieliła nie tylko nazwisko, ale też zawód. Bądź co bądź, ród Yaxley słynął przede wszystkim ze swoich osiągnieć z dziedziny łowiectwa. No i licznych trofeów, które mieli porozwieszane w swojej głównej rezydencji, a którymi też chwalili się podczas spotkań klubu Artemis. Sebastian wzdrygnął się, wyobrażając sobie, że te wszystkie głowy martwych zwierząt miałyby wylądować na ścianie w jego saloniku. Przekazał Geraldine jej zamówienie, odbierając przy okazji drobne.
— Tak, Matce z pewnością przypadnie to do gustu, życzę ci z całego serca, żeby...
Podniósł wzrok znad lady, jednak Yaxley już zdążyła wtopić się w tłum. Westchnął przeciągle. Eh, Londyn i jego tempo życia udzielało się ludziom nawet podczas sabatu. A przecież powinien to być czas celebracji wspólnych chwil z najbliższymi i zadbania o swoją wewnętrzną równowagę. Zamiast przystanąć i zastanowić się na dłużej nad własnymi wyborami, czarodzieje i czarownice gnali, jakby gonił ich jakiś demon czasu.
Macmillan skrzywił się, bo w jego głowie momentalnie zagościł obraz Stewarda i innych Zimnych. Zastanawiał się, jak sobie radził po majowych wydarzeniach. Chociaż ich ścieżki zdążyły się już przeciąć od czasu Beltane, tak podczas ich spotkania w mieszkaniu Sebastiana Patrick wydawał się bardzo poruszony perspektywą tego, że mógł stać się naczyniem dla duszy własnego ojca. Na szczęście dla niego, dosyć szybko wykluczyli tę możliwość. Jak jednak czarodziej radził sobie teraz? Tego Sebastian dokładnie nie wiedział.'
— Brenno. — Skinął jej głową w geście powitania, wychylając się do przodu, jakby gotów zobaczyć nadchodzącego z którejś strony Patricka. Nie skomentował jednak w żaden sposób jego nieobecności u boku Brygadzistki. — Dziękuję. Pomyślałem, że dobrze by było założyć coś jaśniejszego... Chociaż raz w tygodniu.
Wzruszył sztywno ramionami, mrugając parokrotnie, gdy wspomniała o rytuale chlebowym. Zerknął przez ramę na popakowane w sześciopaki personalizowane świecę i przeniósł całą paczkę na główny stół, rozdzierając nożykiem papier, co by Brenna mogła sprawdzić, czy świeczuszki spełniają jej oczekiwania.
— Mamy świeczki z wosku pszczelego pokryte zaklęciami imiennymi. Najpierw uderzasz trzy razy o te zawijasy. — Wskazał na wzory wyryte na świecy — A potem wypowiadasz imię, nazwisko lub ksywkę osoby, dla której jest przeznaczona. Taki personalizowany prezent. Jak rozproszysz zaklęcie, to pewnie nada się też do rytuału. To nie był żaden skomplikowany czar.