Nie mogło jej tutaj zabraknąć. Podobnie zresztą jak Hannah oraz Williama, którzy kawałek dalej rozmawiali z innymi gośćmi. Za sprawą swojej matki była częścią tej rodziny. Zawsze czuła się tu mile widziana. Nie inaczej było też tym razem.
Swobodnie poruszała się po sadzie. W zasadzie to po całej posesji. Rozmawiała ze znajomymi, z przyjaciółmi, rodziną. Z niektórymi od dawna nie miała okazji się spotkać. Za bardzo wciągnęło ją życie, które wraz z Terrym prowadziła w Londynie. A także biznes, który od pewnego czasu starała się wraz ze swoim przyjacielem rozkręcić. Na ten moment szło jej to nawet nie najgorzej. Miała całkiem sporo powodów do zadowolenia.
- Ciociu, sklep się nazywa zaczarowane różności, nie magiczne. - raz jeszcze poprawiła starszą kobietę, która wypytywała o to, jak idzie jej w Londynie. Na ile sobie z tym wszystkim radzi. Zachwycała się również tym, jak bardzo dziewczyna jest zaradna. Albo nawet i czymś więcej. Bo jakoś tak się złożyło, że wszystkie te dziewczęta od Abbottów, ostatnimi czasy całkiem nieźle sobie radziły. Okazywały się całkiem obrotne. - Wszystko na ten moment działa jak należy, za niedługo powinno być nas stać, mnie i Terry'ego, na wyremontowanie lokalu. Zarabiamy na tym naprawdę przyzwoite pieniądze.
I tutaj prawdopodobnie popełniła błąd. Kobieta nagle otworzyła szerzej oczy. Rozchyliła usta. Chyba nie spodziewała się tego, że jej krewniaczka, prowadzi sklep w jakiejś pierwszej lepszej norze. Ruderze? Zwał jak zwał.
- Penelope Anne, chyba nie powiesz mi, że otworzyłaś sklep zanim wyremontowaliście lokal. To się nie godzi! - upomniała dziewczynę, zdecydowanie będąc przy tym zbyt głośną. Zwracając uwagę osób, które znajdywały się w pobliżu. - Powinnaś była nam powiedzieć. Moi chłopcy chętnie by pomogli ze wszystkimi pracami. Na pewno dużo by to Ciebie nie kosztowało a magiczne róż...
- Zaczarowane Różności. - weszła kobiecie w słowo, zaczynając już irytować się tym jak duże trudności stanowiło zapamiętanie tak prostej nazwy.
- Powinnaś zmienić nazwę, wszystkim się ciągle myli. Kto to słyszał, żeby nazywać sklep Zaklęte Różności.- odpowiedziała na to, wracając zaraz do swojej wcześniejszej myśli; wypowiedzi. - Chłopcy mogliby pomóc nawet z nowym szyldem. Magiczne Wyroby Penelope Weasley. Brzmi bardzo dobrze, nie sądzisz?
Nie. Nie brzmiało dobrze. I miało też jedną, bardzo dużą wadę. Ta nazwa całkowicie pomijała Terry'ego. Tak jakby nie miał swojego wkładu w cały ten biznes. Tak jakby nie był współwłaścicielem tego sklepu. Takie traktowanie przyjaciela, który tym razem nie mógł jej towarzyszyć, naprawdę bardzo się Penny nie podobało. I było to naprawdę po dziewczynie widać. Nie kryła się zbyt dobrze z emocjami.
I zapewne tylko ciotka tego nie dostrzegała.
- Brzmi idealnie. - wyrzuciła z siebie, tonem który wyraźnie dawał do zrozumienia, że chyba kurwa jednak nie. Następnie z lampką wina, przez cały czas trzymaną w ręku, odwróciła się, zamierzając tym samym ewakuować się z tego miejsca. Poszukać innego towarzystwa? Albo nawet zwyczajnie postać sobie w samotności. Gdzieś tak na boku. - Przepraszam, ciociu. Dostrzegłam znajomą... - wykręciła się od dalszej rozmowy, ruszając byle dalej od tej kobiety. Miała już naprawdę powyżej uszu jej towarzystwa i całego tego zachowania. Kolejnych prób pokazania, że wie lepiej. I dyskredytowania tego, co Penny zdołała osiągnąć całkiem sama. Za sprawą wyłącznie swojej ciężkiej pracy.
Gdyby nie była tak bardzo zdenerwowana, zapewne nie doszłoby do tego, co stało się chwilę później. Nie zrobiła zbyt wielu kroków. Trzy? Może cztery? Wpadła na jednego z mężczyzn, który znajdywał się w pobliżu fontanny, wypuszczając przy okazji z ręki kieliszek czerwonego wina.
- Na Merlina! - przeklęła, próbując jeszcze jakoś uratować całą sytuacje.