a następnie: Południowe stragany – Świece i kadzidła rodziny Mulciber
– Nie, nie wiedziałam – bo skąd miałaby wiedzieć? Jedyny inny kraj, o którym uczyła się trochę więcej, to Francja, bo tam ród Lestrange miał swoje korzenie: od rozłamu w rodzinie słynnego na cały świat alchemika Nicholasa Flamela. – Ale sugerujesz mi, że wedle wietnamskich prawideł, powinnam mówić do ciebie dziadku, a nie wujku? Hmm, Anthony? – oczywiście, że się z nim teraz droczyła, bo już od bardzo dawna nie mówiła do niego w ten sposób, a po imieniu. Po pierwsze zamazywało to pewną granicę, a po drugie… nie postarzało. Tym niemniej zwyczajnie chciała Laurentowi krótko wyjaśnić, skąd w ogóle zna Anthony’ego, i skąd między nimi ta zażyłość. Ale wiedziała, ze Shafiq nie wziął tego do siebie… nie za bardzo przynajmniej. Tym bardziej że po chwili pocałował ją w zimne czoło. Jednak jego życzenie, by nie wpakowała się w problemy… Cóóżż…. Mottem rodziny Lestrange powinno być chyba „Na przypale, albo wcale”, a nie „Rozdziel materię wartą uwagi od niewartej uwagi”.
–Ach tak… Jak na alergika wyjątkowo mało kichasz. Wiesz, że jak potrzebujesz coś na alergię, to mogę ci to uwarzyć – aż zatrzepotała niewinnie długimi, czarnymi jak smoła rzęsami, ale zrozumiała aluzję – nie chciał głaskać Kwiatuszka. Może to i lepiej, mniej stresu dla kotka. – No dobrze. Zdam się na twoje zdanie, to ty tutaj jesteś ekspertem. A ja bardzo lubię wino, zwłaszcza twoje – lubiła też cięższe alkohole… ale rum porzeczkowy tknęła tylko raz… i od dziewięciu lat ani razu więcej. Czy cokolwiek to wtedy było z tymi porzeczkami. Nie protestowała, gdy Anthony odebrał od niej ten piękny kielich, ani kiedy dał jej do zrozumienia, ze już za długo tutaj stała. Był w końcu w pracy i musiało być więcej ludzi, którym powinien zareklamować swoje wyroby. Uśmiechnęła się więc do niego ciepło, słuchając go i kucnęła, chcąc Błękitnego Kwiatuszka włożyć do koszyka, by było mu wygodniej. Kot na szczęście przyjął to bardzo spokojnie i nawet chętnie, pogładziła go jeszcze po głowie i przymknęła klapkę, ale tak, by kot mógł wystawić swój łeb, jeśli tylko miał na to ochotę.
– Zajrzę. Ale teraz chyba jest tam cały tłum, to może za chwilę… Dziękuję i owocnego dnia, wujku – o, a to dodała z przekory i cmoknęła w swoją dłoń, by do niego pomachać na pożegnanie, nim się odwróciła i ruszyła przed siebie.
Chwilę tylko się rozglądała, aż jej kroki zaprowadziły ją pod stoisko ze Świecami i Kadzidłami od Mucliberów. Przez moment nachylała się nad stoiskiem, oglądając najpierw jedną jego część, później drugą – najwyraźniej był tutaj przeprowadzony jakiś kurs, jak głosiła zresztą tabliczka. Były tam na pewno różne foremki, wosk i kolorowe pojemniczki, pewnie z barwnikami, chociaż Victoria nie znała się na tym za bardzo. Szykbko jednak zaspokoiła swoją ciekawość i wróciła do tej bardziej sklepowej części, przyglądając się i świecom i kadzidłom, zerkając na składniki i efekty, jakie miały zapewnić. Cena ją nie interesowała, bo nie grała dla niej żadnej roli.
– Poproszę dwadzieścia kadzideł na dobry sen – zwróciła się do osoby, która zajmowała się stanowiskiem. Victoria cierpiała na bezsenność i co prawda miała dostęp do eliksirów nasennych, ale czasami chciała się uraczyć czymś innym. – Oraz kilka kompletów zwyczajnych świec i jedną rytualną.