27.05.2024, 20:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.05.2024, 20:59 przez Peregrinus Trelawney.)
Peregrinus, Lyssa, Vakel, Annaleigh — wciąż przy wejściu.
W tym kwartale Peregrinus Trelawney został już napadnięty w pracy, za kilka dni miał biegać po magicznym krwiożerczym lesie — a jednak żadne ze wspomnianych nie budziło w nim takiego braku poczucia bezpieczeństwa jak przyjście na podobną uroczystość. Z wydarzeniami organizowanymi czy odwiedzanymi służbowo z Vakelem było inaczej: mógł stać w cieniu, pilnować i dyrygować. Tutaj był jako osoba towarzysząca, pełnoprawny gość.
Za pierwszą prośbą Lyssy próbował jej to delikatnie wyperswadować. Nie wygłupiaj się, na pewno znajdziesz kogoś miłego, z kim będziesz się dobrze bawić. Z każdą kolejną był coraz mniej zawzięty. W zasadzie już kilka dni temu nastawił się na to, że pójdzie, ale do ostatniej chwili miał nadzieję, że dziewczyna wpadnie na parter Praw Czasu i obwieści, że umówiła się z jakimś słodkim chłopcem. Niedoczekanie.
Cóż mu jednak szkodziło? To nie było aż takie poświęcenie: wystarczy, że zjawi się na trochę i wymknie z wesela nieelegancko wcześnie. Morale poprawiała mu obecność Vakela; towarzystwo Annaleigh natomiast drastycznie je obniżało, więc wychodziło… niemal na zero.
Przemknęło mu przez myśl, że powinien to wyjście wliczyć w wymiar przepracowanych godzin, żeby sobie trochę wynagrodzić, ale to by uwłaczałoby i jemu, i jej. Przyszedł tu, bo nieźle się dogadywali, a jej brakowało partnera na wesele, tak?
Tak. Stał zatem obecnie w hallu rezydencji w Oxfordshire w niecodziennie ulizanych włosach, czerwonym krawacie i najlepszym garniturze, jaki wygrzebał z dna szafy — może nie zjawiskowym ani oryginalnym, ale odpowiednio do okazji eleganckim. Psiknął się nawet na to wyjście perfumami, choć zwykle pomijał ten krok, wychodząc z założenia, że i tak brzydko zmieszają się ze smrodem fajek.
— To chcesz tam wrócić? — zapytał Lyssę od niechcenia, strzepując popiół z papierosa. — Nie pogardzę lampką wina. — Niby odpowiadał jej na temat, ale głos miał nieobecny. Myślami był przy scence rozgrywającej się opodal, której to przysłuchiwał się bacznie.
Całą interakcję, którą podglądnęli, skwitował prychnięciem. Było to w zasadzie tak absurdalne, że aż go rozbawiło, mimo że to pod niego się podszywano. Nie przejął się tym nadto: jego osobisty doppelganger sprawiał wrażenie złowrogiego, a trochę złej sławy mu przecież nie zaszkodzi.
— Wielka szkoda, że nie zdążył wybrać karty — skomentował ciszej, żeby w przeciwieństwie do okrzyku Lyssy słyszała to tylko zgromadzona wokół trójka. — Myślisz, że powinienem raz jeszcze zaoferować ją chłopcu, żeby zmyć po sobie złe pierwsze wrażenie? — zwrócił się do swojej towarzyszki.
Prawdziwy asystent Dolohova nigdy nie zaproponowałby przecież wróżby, gdyby nie zamierzał jej faktycznie odczytać!
W tym kwartale Peregrinus Trelawney został już napadnięty w pracy, za kilka dni miał biegać po magicznym krwiożerczym lesie — a jednak żadne ze wspomnianych nie budziło w nim takiego braku poczucia bezpieczeństwa jak przyjście na podobną uroczystość. Z wydarzeniami organizowanymi czy odwiedzanymi służbowo z Vakelem było inaczej: mógł stać w cieniu, pilnować i dyrygować. Tutaj był jako osoba towarzysząca, pełnoprawny gość.
Za pierwszą prośbą Lyssy próbował jej to delikatnie wyperswadować. Nie wygłupiaj się, na pewno znajdziesz kogoś miłego, z kim będziesz się dobrze bawić. Z każdą kolejną był coraz mniej zawzięty. W zasadzie już kilka dni temu nastawił się na to, że pójdzie, ale do ostatniej chwili miał nadzieję, że dziewczyna wpadnie na parter Praw Czasu i obwieści, że umówiła się z jakimś słodkim chłopcem. Niedoczekanie.
Cóż mu jednak szkodziło? To nie było aż takie poświęcenie: wystarczy, że zjawi się na trochę i wymknie z wesela nieelegancko wcześnie. Morale poprawiała mu obecność Vakela; towarzystwo Annaleigh natomiast drastycznie je obniżało, więc wychodziło… niemal na zero.
Przemknęło mu przez myśl, że powinien to wyjście wliczyć w wymiar przepracowanych godzin, żeby sobie trochę wynagrodzić, ale to by uwłaczałoby i jemu, i jej. Przyszedł tu, bo nieźle się dogadywali, a jej brakowało partnera na wesele, tak?
Tak. Stał zatem obecnie w hallu rezydencji w Oxfordshire w niecodziennie ulizanych włosach, czerwonym krawacie i najlepszym garniturze, jaki wygrzebał z dna szafy — może nie zjawiskowym ani oryginalnym, ale odpowiednio do okazji eleganckim. Psiknął się nawet na to wyjście perfumami, choć zwykle pomijał ten krok, wychodząc z założenia, że i tak brzydko zmieszają się ze smrodem fajek.
— To chcesz tam wrócić? — zapytał Lyssę od niechcenia, strzepując popiół z papierosa. — Nie pogardzę lampką wina. — Niby odpowiadał jej na temat, ale głos miał nieobecny. Myślami był przy scence rozgrywającej się opodal, której to przysłuchiwał się bacznie.
Całą interakcję, którą podglądnęli, skwitował prychnięciem. Było to w zasadzie tak absurdalne, że aż go rozbawiło, mimo że to pod niego się podszywano. Nie przejął się tym nadto: jego osobisty doppelganger sprawiał wrażenie złowrogiego, a trochę złej sławy mu przecież nie zaszkodzi.
— Wielka szkoda, że nie zdążył wybrać karty — skomentował ciszej, żeby w przeciwieństwie do okrzyku Lyssy słyszała to tylko zgromadzona wokół trójka. — Myślisz, że powinienem raz jeszcze zaoferować ją chłopcu, żeby zmyć po sobie złe pierwsze wrażenie? — zwrócił się do swojej towarzyszki.
Prawdziwy asystent Dolohova nigdy nie zaproponowałby przecież wróżby, gdyby nie zamierzał jej faktycznie odczytać!
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie