27.12.2022, 20:34 ✶
Nie chciał słyszeć, że miał rację. No miał - i? Byli ludzie, którzy rację mieć chcieli, musieli i dopóki nie wyjdzie na ich (nie ważne było, czy się mylili czy nie) to nie odpuszczą. Będą w to brnęli coraz głębiej i głębiej, byle tylko pokazać, że mają ostatnie zdanie. Sauriel tego nie potrzebował. Ostatniego zdania ani udowadniania światu, że się nie mylił. Wolał się mylić. Wolał obsmarować mordy nieznajomych swoimi najgorszymi cechami, żeby się nimi udławili i dali mu święty spokój. Fergus nie był nieznajomym - ale jemu miał ochotę zrobić to samo. Żeby przestał, żeby poszedł, żeby nie świdrował go swoim spojrzeniem, ciekawskim, pragnącym odkryć wszystkie prawdy i przejrzeć przez nieprawdy. Ujrzeć czerń pod ociupinką złota i udowodnić sobie, że tu nie było żadnych special snowflake, byli tylko boleśnie prawdziwi ludzie. Wolałby, żeby Fergus jednak miał swoje miejsce i mówił to tylko po to, żeby utrzeć mu nosa. Wolałby, żeby jednak miał swoje szczęście, a przyszedł tutaj, bo... bo jak powiedział - chyba automatycznie myślał, że tu na niego trafi. Nawet jeśli dawno pogrzebał go w swojej głowie. Lecz nie. Mieli więc swoją przeciętność i tylko pocieszenie o tym, że wielkość i rzeczy najlepsze były tak naprawdę klątwą, więc lepiej ich nie mieć. No tak. Tylko czy w takim razie w ogóle warto było się o cokolwiek starać i do czegokolwiek dążyć? Fergus był zardzewiałem od deszczu kwiatem. Kwiat, który powinien rosnąć w najlepszych latach swego życia, dojrzeć od promieni słońca, wzmacniany deszczem, rdzewiał. Topił się w deszczu, a światło sprawiało, że odwracał od niego spojrzenie. Bo przecież złota różdżka była przerażająca. Bo ktoś mógłby jej zapragnąć. Więc jak straszne byłoby, gdyby stał się tym kwiatem dojrzałym, o rozłożonych płatkach, którego ktoś pragnąłby zerwać?
- Takie same, mówisz... - Londyn zamieniony w jedną ulicę z jednym szeregiem kamienic, które miały równo poustawiane okna, żebyś mógł wycenić i porównać życie. Tyle lat życia, by przekonywać się, że jednak życie życiu nie było równe - tak jak rodzina rodzinie. Sauriel nigdy nie miał okazji poznać Ollivanderów bardziej niż przy stawieniu się po różdżkę i zameldowaniu, że hej - oto jestem ja, daj mnie różdżka mą. Co wiedział na pewno to to, że Fargus bardzo chętnie rozłożyłby swoje skrzydła, a jego rodzina dociskała mu je do pleców. Jakby się wstydzili. Jakby groziło im posiadanie czarnej owcy, która zajmie się czymś kompletnie nieetycznym. No bo jak to tak - wyfrunąć z gniazdka? Och nie. Oni mieli już dla Fergusa inny plan. Co za to mu przychodziło do głowy to to, że człowiek zawsze pocieszał się cierpieniem innych. "Inni mają gorzej" - i to ma sprawić, że jest lepiej. Albo przynajmniej "inni mają tak samo źle". Okrutne. I jak prawdziwe, och, jak prawdziwe... Mógłby o tym z nim porozmawiać. Mógłby w zasadzie z nim porozmawiać prawie o wszystkim. Ale zaraz pojawił się głosik, który sprawił, że Sauriel aż uniósł brew. No tak. Oczywiście. Tak dawno tego nie słyszał i nie widział tego diabła w tym chudym ciele, że prawie zapomniał, że tam jest. I jak zawsze pokazywał rogi tam, gdzie wydawałoby się, że się nawet nie wychyli. - No naprawdę... - Zlustrował go spojrzeniem od góry do dołu, ale nawet się uśmiechnął. Było w tym coś takiego wspaniale normalnego i przyjemnego, że wniosło cienką warstwę ukojenia do ich niespodziewanego i gwałtownego spotkania. Jakby mógł to by właśnie go pacnął w potylicę, na szczęście [dla Fergusa] dzielił ich cały stół. Stół, na którym właśnie postawiono dwie szklanice whisky.
- Nie chcę mieć racji, w tym problem. I nie, nie wiem. Nie pytałbym inaczej. Naprawdę liczyłem na to, że zepniesz poślady i przestaniesz się cackać z Ollivanderami. - To wymaga jednak nie tylko odwagi, ale też wsparcia, zaplecza finansowego. Wymagało wielu rzeczy. Tymczasem Sauriel zostawił go z tym. Fajnie to wszystko brzmi "zrobiłem to dla twojego dobra". Dla Sauriela brzmiało to jednak jak bardzo tania i bardzo beznadziejna wymówka. Nie zamierzał pozwolić, żeby takie słowa padły z jego gardła.
Przy jego następnych słowach przymrużył nieco oczy, wpatrując się w opuszczony na papierosa wzrok, na palce, które się nim bawiły, zastanawiając się nad jego mrukliwym głosem. Niemrawy - tak, to naprawdę dobrze teraz opisywało jego stan. Bardziej przejrzysty niż zwykle. Jakby się rozpływał. Jak ten nikotynowy dym. Próbował ciągle trzymać się w kupie, ale to utrzymywanie się na powierzchni okazywało się bardzo trudnym i wymagającym zadaniem. Byłoby łatwiej, gdyby pozwolić sobie na... kotwicę. Bardzo źle kojarzoną, bo przecież - szła na dno. A przecież kotwica ratowała statki. Pozwalała im zatrzymać się w miejscu i bezpiecznie przetrwać nieprzyjazne pogody czy po prostu dawała odsapnąć marynarzom. Jego odpowiedź zwrotna, która była pytaniem, nie była prosta. Więc co? Przyszedł szukać kłopotów, żeby przekonać się, czy żyje? Że jeszcze nie utonął? Tak to wyglądało.
A dym ciągle tańczył między nimi.
Sauriel poprawił się na krześle tak, że teraz siedział przodem do Fergusa. Z łokciami opartymi o blat. Świdrując go swoim spojrzeniem. Pożerając jego nerwowy śmiech, jego szok. Znów - wyparcie, realizacja. Akceptacja. Z akceptacją należało mu pomóc. Więc Sauriel wziął różdżkę, bardzo powoli, uniósł dłoń i na jej wnętrzu, przytrzymując papierosa między zębami, przesunął krańcem różdżki, pozostawiając podłużne cięcie. Krzywiąc się przy tym nieprzyjemnie z bólu. Cięcie, z którego nie leciała krew. Cięcie, które blada skóra zaleczyła w oczach. W tę samą dłoń złapał papierosa.
- Więc pociesza cię, że każda rodzina jest taka sama, co? Czy to, że inni mają gorzej? - Nie pytał o to z żalem, gniewem czy zawiścią. Jego ton się nie zmienił.
- Takie same, mówisz... - Londyn zamieniony w jedną ulicę z jednym szeregiem kamienic, które miały równo poustawiane okna, żebyś mógł wycenić i porównać życie. Tyle lat życia, by przekonywać się, że jednak życie życiu nie było równe - tak jak rodzina rodzinie. Sauriel nigdy nie miał okazji poznać Ollivanderów bardziej niż przy stawieniu się po różdżkę i zameldowaniu, że hej - oto jestem ja, daj mnie różdżka mą. Co wiedział na pewno to to, że Fargus bardzo chętnie rozłożyłby swoje skrzydła, a jego rodzina dociskała mu je do pleców. Jakby się wstydzili. Jakby groziło im posiadanie czarnej owcy, która zajmie się czymś kompletnie nieetycznym. No bo jak to tak - wyfrunąć z gniazdka? Och nie. Oni mieli już dla Fergusa inny plan. Co za to mu przychodziło do głowy to to, że człowiek zawsze pocieszał się cierpieniem innych. "Inni mają gorzej" - i to ma sprawić, że jest lepiej. Albo przynajmniej "inni mają tak samo źle". Okrutne. I jak prawdziwe, och, jak prawdziwe... Mógłby o tym z nim porozmawiać. Mógłby w zasadzie z nim porozmawiać prawie o wszystkim. Ale zaraz pojawił się głosik, który sprawił, że Sauriel aż uniósł brew. No tak. Oczywiście. Tak dawno tego nie słyszał i nie widział tego diabła w tym chudym ciele, że prawie zapomniał, że tam jest. I jak zawsze pokazywał rogi tam, gdzie wydawałoby się, że się nawet nie wychyli. - No naprawdę... - Zlustrował go spojrzeniem od góry do dołu, ale nawet się uśmiechnął. Było w tym coś takiego wspaniale normalnego i przyjemnego, że wniosło cienką warstwę ukojenia do ich niespodziewanego i gwałtownego spotkania. Jakby mógł to by właśnie go pacnął w potylicę, na szczęście [dla Fergusa] dzielił ich cały stół. Stół, na którym właśnie postawiono dwie szklanice whisky.
- Nie chcę mieć racji, w tym problem. I nie, nie wiem. Nie pytałbym inaczej. Naprawdę liczyłem na to, że zepniesz poślady i przestaniesz się cackać z Ollivanderami. - To wymaga jednak nie tylko odwagi, ale też wsparcia, zaplecza finansowego. Wymagało wielu rzeczy. Tymczasem Sauriel zostawił go z tym. Fajnie to wszystko brzmi "zrobiłem to dla twojego dobra". Dla Sauriela brzmiało to jednak jak bardzo tania i bardzo beznadziejna wymówka. Nie zamierzał pozwolić, żeby takie słowa padły z jego gardła.
Przy jego następnych słowach przymrużył nieco oczy, wpatrując się w opuszczony na papierosa wzrok, na palce, które się nim bawiły, zastanawiając się nad jego mrukliwym głosem. Niemrawy - tak, to naprawdę dobrze teraz opisywało jego stan. Bardziej przejrzysty niż zwykle. Jakby się rozpływał. Jak ten nikotynowy dym. Próbował ciągle trzymać się w kupie, ale to utrzymywanie się na powierzchni okazywało się bardzo trudnym i wymagającym zadaniem. Byłoby łatwiej, gdyby pozwolić sobie na... kotwicę. Bardzo źle kojarzoną, bo przecież - szła na dno. A przecież kotwica ratowała statki. Pozwalała im zatrzymać się w miejscu i bezpiecznie przetrwać nieprzyjazne pogody czy po prostu dawała odsapnąć marynarzom. Jego odpowiedź zwrotna, która była pytaniem, nie była prosta. Więc co? Przyszedł szukać kłopotów, żeby przekonać się, czy żyje? Że jeszcze nie utonął? Tak to wyglądało.
A dym ciągle tańczył między nimi.
Sauriel poprawił się na krześle tak, że teraz siedział przodem do Fergusa. Z łokciami opartymi o blat. Świdrując go swoim spojrzeniem. Pożerając jego nerwowy śmiech, jego szok. Znów - wyparcie, realizacja. Akceptacja. Z akceptacją należało mu pomóc. Więc Sauriel wziął różdżkę, bardzo powoli, uniósł dłoń i na jej wnętrzu, przytrzymując papierosa między zębami, przesunął krańcem różdżki, pozostawiając podłużne cięcie. Krzywiąc się przy tym nieprzyjemnie z bólu. Cięcie, z którego nie leciała krew. Cięcie, które blada skóra zaleczyła w oczach. W tę samą dłoń złapał papierosa.
- Więc pociesza cię, że każda rodzina jest taka sama, co? Czy to, że inni mają gorzej? - Nie pytał o to z żalem, gniewem czy zawiścią. Jego ton się nie zmienił.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.