28.05.2024, 01:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2024, 10:47 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany, Château des Dragons
Umieram na serce z powodu tego co powiedziała Victoria, a potem umieram ze śmiechu na widok Hadesa
Umieram na serce z powodu tego co powiedziała Victoria, a potem umieram ze śmiechu na widok Hadesa
Dziadku
To nie było tak, że przejmował się tym AŻ tak. W końcu był czystej krwi czarodziejem, a to oznaczało długowieczność zagwarantowaną przez rozwagę rodziców. To oznaczało, że przekroczenie magicznego progu czterdziestki nie oznaczało nawet połowy żywota. A jednak, kiedyś gazety spekulowały na temat następnej pani Shafiq, teraz mógł obejść się smakiem, pozostając tylko ekscentrycznym politykiem, winiarzem z zamiłowania. Kiedyś tęsknił za twarzą, którą mógłby wypowiadać kwestie królów i nie narażać się na śmieszność, dziś tęsknił za czasami szkolnych przedstawień ich małego krukońskiego klubu, gdzie wszyscy o twarzach gładkich, takich, co jeszcze nie były żłobione piaskami czasu, wypowiadali słowa starsze niż czas. Gdyby powiedziała to za miesiąc, a nie tydzień przed planowaną imprezą urodzinową. Tyle szczęścia, że nie było to jego urodziny tak na prawdę, już nie, tylko przyjaciela, który... czy nie powinno go być gdzieś w tłumie?
Kieliszki powędrowały na tacę, a złociste bransolety zabrzęczały, gdy zwinne palce powędrowały do kryształów. Anthony powrócił bliżej lady, pozdrawiając grupkę staruszek, które kojarzył z niedzielnych koncertów organowych. Było coś przykrego w tym, że podobnie jak one, nie lubił udziwnień które coraz bardziej kraczały, w domenę muzyki, jakby sama warstwa dźwiękowa potrzebowała czegokolwiek więcej. Dziadku – zabrzmiało mu znów w uszach, gdy nieskutecznie próbował odsunąć natrętną myśl. Pomagała Tahira, tak niepasująca i pasująca jednocześnie do smoczej przestrzeni. Może gdyby miała włosy jasne jak Laurent, jakby jej łuski mieniły się perłowo jak wino... Na moment podniósł na nią oczy, by choć przez moment odpocząć od bylejakości otoczenia, gdy kobieta napięła się, wciąż obserwując otoczenie, mimo, że jej dłonie wciąż zajmowały się obsługą stanowiska, czyszczeniem szkła, układaniem kubków, okazjonalnym przeleceniem szmatą po ladzie.
– Przyssstojniaczek na trzynassstej... – syknęła i zniknęła za jedną z beczek stanowiących tylną ścianę straganu, niezmiennie pobrzękując złocistymi talarkami przypiętymi do wrzosowej chusty zdobiącej jej biodra.
Anthony momentalnie odwrócił się i uśmiechnął szeroko na widok Hadesa.
– Na dojne piersi przecudnej Westy, zobaczyłem i uwierzyłem. – powitał go po szwedzku, szeroko rozpościerając ramiona, by dłonie oprzeć na moment na szerokich barkach mężczyzny, pod którego skórą gotowała się wojna. Docierały do niego wieści o powrocie Hadesa i jego nieoczywistym decyzjom zawodowym, ale powątpiewał. Nie miał czasu ani też do końca ochoty weryfikować te informacje, ale spoglądając na szary mundurek, miał problem z tym by ukryć rozbawienie. Oczywiście... z racji własnych ograniczeń miał świadomość że ów mundur mógłby być różowy, insygnia pozostawały jednoznaczne. Liczył bardzo, że ów uśmiech będzie mu poczytany jako radość ze spotkania. – Czy mam się czuć obrażony, że się do mnie nie odezwałeś, gdy znów Anglia przyjęła cię na swoją ziemię? Rozumiem, że służba wyklucza różne aktywności, ale może chociaż łyk? Roczne wino ma śladowe ilości alkoholu... – po jego prawej stronie kobieca dłoń usłużnie ustawiła kubek noszący na sobie znak trójgłowego smoka, którym Shafiq od lat się posługiwał. – Zwilżyć wargi w taki skwarny dzień, to przecież nie grzech. – zachęcał gładko używając wciąż języka w którym porozumiewał się z Hadesem najczęściej, bez względu na okoliczności.
To nie było tak, że przejmował się tym AŻ tak. W końcu był czystej krwi czarodziejem, a to oznaczało długowieczność zagwarantowaną przez rozwagę rodziców. To oznaczało, że przekroczenie magicznego progu czterdziestki nie oznaczało nawet połowy żywota. A jednak, kiedyś gazety spekulowały na temat następnej pani Shafiq, teraz mógł obejść się smakiem, pozostając tylko ekscentrycznym politykiem, winiarzem z zamiłowania. Kiedyś tęsknił za twarzą, którą mógłby wypowiadać kwestie królów i nie narażać się na śmieszność, dziś tęsknił za czasami szkolnych przedstawień ich małego krukońskiego klubu, gdzie wszyscy o twarzach gładkich, takich, co jeszcze nie były żłobione piaskami czasu, wypowiadali słowa starsze niż czas. Gdyby powiedziała to za miesiąc, a nie tydzień przed planowaną imprezą urodzinową. Tyle szczęścia, że nie było to jego urodziny tak na prawdę, już nie, tylko przyjaciela, który... czy nie powinno go być gdzieś w tłumie?
Kieliszki powędrowały na tacę, a złociste bransolety zabrzęczały, gdy zwinne palce powędrowały do kryształów. Anthony powrócił bliżej lady, pozdrawiając grupkę staruszek, które kojarzył z niedzielnych koncertów organowych. Było coś przykrego w tym, że podobnie jak one, nie lubił udziwnień które coraz bardziej kraczały, w domenę muzyki, jakby sama warstwa dźwiękowa potrzebowała czegokolwiek więcej. Dziadku – zabrzmiało mu znów w uszach, gdy nieskutecznie próbował odsunąć natrętną myśl. Pomagała Tahira, tak niepasująca i pasująca jednocześnie do smoczej przestrzeni. Może gdyby miała włosy jasne jak Laurent, jakby jej łuski mieniły się perłowo jak wino... Na moment podniósł na nią oczy, by choć przez moment odpocząć od bylejakości otoczenia, gdy kobieta napięła się, wciąż obserwując otoczenie, mimo, że jej dłonie wciąż zajmowały się obsługą stanowiska, czyszczeniem szkła, układaniem kubków, okazjonalnym przeleceniem szmatą po ladzie.
– Przyssstojniaczek na trzynassstej... – syknęła i zniknęła za jedną z beczek stanowiących tylną ścianę straganu, niezmiennie pobrzękując złocistymi talarkami przypiętymi do wrzosowej chusty zdobiącej jej biodra.
Anthony momentalnie odwrócił się i uśmiechnął szeroko na widok Hadesa.
– Na dojne piersi przecudnej Westy, zobaczyłem i uwierzyłem. – powitał go po szwedzku, szeroko rozpościerając ramiona, by dłonie oprzeć na moment na szerokich barkach mężczyzny, pod którego skórą gotowała się wojna. Docierały do niego wieści o powrocie Hadesa i jego nieoczywistym decyzjom zawodowym, ale powątpiewał. Nie miał czasu ani też do końca ochoty weryfikować te informacje, ale spoglądając na szary mundurek, miał problem z tym by ukryć rozbawienie. Oczywiście... z racji własnych ograniczeń miał świadomość że ów mundur mógłby być różowy, insygnia pozostawały jednoznaczne. Liczył bardzo, że ów uśmiech będzie mu poczytany jako radość ze spotkania. – Czy mam się czuć obrażony, że się do mnie nie odezwałeś, gdy znów Anglia przyjęła cię na swoją ziemię? Rozumiem, że służba wyklucza różne aktywności, ale może chociaż łyk? Roczne wino ma śladowe ilości alkoholu... – po jego prawej stronie kobieca dłoń usłużnie ustawiła kubek noszący na sobie znak trójgłowego smoka, którym Shafiq od lat się posługiwał. – Zwilżyć wargi w taki skwarny dzień, to przecież nie grzech. – zachęcał gładko używając wciąż języka w którym porozumiewał się z Hadesem najczęściej, bez względu na okoliczności.