28.05.2024, 02:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2024, 18:21 przez Viorica Zamfir.)
Wszystko tak naprawdę przez to, że się bała. Choć chciała udawać inaczej, strach napędzał jej życie od lat. Kiedyś jednak był on inny. Towarzyszył jej kolejnymi falami, gdy udało jej się dokonać czegoś niesamowitego, albo kompletnie głupiego, szybko jednak mijał, zastąpiony przed ekscytację nowymi przygodami. A potem to się zmieniło.
Czuła ciągły lęk przed tym, co za chwilę mogło stać się z jej życiem, a mimo to udawała, że jest odwrotnie. Że właśnie zaczęła nowy stabilny etap i porzuciła duchy przeszłości.
Pieprzenie.
Tak naprawdę jakiś czas po rozpadzie szajki ciągle oglądała się przez ramię, zastanawiała się, kiedy do jej mieszkania wpadną brygadzisty, albo ktoś, z kim miała niezałatwione interesy. Te dwa lata stagnacji sprawiły jednak, że powoli chciała zaufać, że odnalazła bezpieczeństwo. Owszem, stare zwyczaje i nałogi z nią zostały, ale myślała, że pozbyła się najgorszego balastu i co?
I wraz z końcem lipca oznajmiono jej, że cholerny Dante zasadza się na starych znajomych, którzy mu podpadli. I Viorica do nich należała.
Miała więc dwie cholerne tarcze na plecach. Jedna co prawda była już trochę zaśniedziała, patrząc, że przez tyle czasu nikt nie postanowił w nią wycelować, drugą jednak świeżo odmalowano. I choć udawała, że tak nie jest, spędzało jej to sen z powiek.
Zaczęła się zastanawiać, czy były baron nie chciał ją właśnie zniszczyć przez oddanie jej w ręce sprawiedliwości. To nie było takie głupie. W przeciwieństwie do Dante, ale ludzie się przecież zmieniali.
Tak bardzo nie chciała wierzyć, że Cedric pojawił się przy niej tylko po to, by zdobyć jej zaufanie a potem tak po prostu zniszczyć, ale wszystko w niej krzyczało, że tak musi być.
Nie widziała innego powodu, dla którego przy niej tkwił.
Tak, była ładna, mógł to być więc jeden z powodów, ale Lupin, choć miał okazję, nigdy po nią nie sięgnął, tak jak zwykle to bywało. On chciał czegoś innego. A analizując jej pożal się Matce jestestwo, cóż. Tu nie mogło chodzić o czyste intencje.
Bo z kim się trzymała? Z hazardzistami, pijakami, byłymi przestępcami? Och, wyborowe towarzystwo, w którym się przecież od wieków obracała. Oni znali jej grzechy i akceptowali je, bo sami nie byli lepsi.
Cedric był inny. Miał dobre serce, był prawy, miał tylu troszczących się o niego przyjaciół i rodzinę. Wiódł normalne, może trochę zapracowane życie, nie znał tych wszystkich życiowych bagien, przez które Vior dane było przepłynąć. Nie zasługiwała na kogoś takiego.
Szła przez lać, czując, że zbiera jej się na płacz. Obejmowała się ciasno rękami, próbując zdusić w sobie te dławiące uczucie, które ją ogarniało.
Uciekała. Nie wiedziała dokąd, ale po prostu chciała zwiać od tego gniotącego, gorzkiego poczucia zdrady. A jednak, nie potrafiła. Tak jakby nacierało na nią z każdej ze stron.
Dotarła gdzieś do centrum ośrodka, otarła łzy, które spadły na jej policzki i znalazła pierwsze lepsze miejsce, które serwowało alkohol. Przetrzepała kieszenie, nic jednak nie znalazła.
- Cholera - stwierdziła, dziwiąc się nagle, jak złamany był jej głos. Wzięła głęboki wdech. Przeszła się chwilę pomiędzy stolikami, po czym zadowolona znalazła w połowie opróżnioną butelkę whisky, koło innego, ledwo żywego gościa. Widać nie tylko ona miała zły dzień. Spojrzała na obsługę, która miała ją chyba gdzieś, po czym chwyciła butlę i wyszła drugim wyjściem. Nie miała pojęcia, gdzie idzie, ani co zrobi za chwilę, wiedziała jednak, że nie chce być trzeźwa. Kolejny wspaniały pokaz jej umiejętności radzenia sobie z problemami.
A pieprzyć to wszystko.
Wzięła duży łyk, krzywiąc się na posmak łychy, który nigdy jej do końca nie pasował.
Piła i wędrowała, z dala od innych przybyłych do ośrodka ludzi, próbując wymyślić, co w tej chwili powinna zrobić. Nawet nie wiedziała kiedy opróżniła butelkę, a nogi skierowały ją pod ten cholerny domek, w którym w pierwszej chwili myślała, że spędzi kilka miłych dni.
Mogła się spodziewać, że wszystko się zjebie. Odstawiła butelkę na stolik, po czym zaczęła się pakować. Chciała spieprzyć stąd zanim przyjdzie Cedric, cokolwiek teraz robił i gdziekolwiek był. I pewnie by jej się nawet udało, gdyby nie to, że w pewnym momencie w końcu nie wytrzymała i rozryczała się na dobre.
Siedziała na podłodze, oparta o łóżko, czując więcej, niż chciała.
Nie chciała zrozumieć, czemu to tak bolało. Bo wiedziała, że będzie jeszcze gorzej.
- Głupia - szepnęła sama do siebie.
A potem usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i zamarła. Ukryła twarz w dłoniach, wiedząc, że nie może udawać, że jej tu po prostu nie ma. Wyciągnęła z torby małą piersiówkę i wzięła łyk palącej nalewki na odwagę. Zmusiła kufer do pójścia za sobą, po czym wyszła na spotkanie Cedricowi.
Jego widok zabolał. Był mokry, miał poobdzierane ręce, a ona nie mogła przyjąć do wiadomości czemu tak wyglądał. W tej chwili, kompletnie nie chciała przyjąć do wiadomości, że to przez to, że ją szukał. Bo w jej głowie nie miał teraz po co. Nie musiał się tak starać. Nie była tego warta.
Podeszła do niego i nieświadomie odgarnęła jeden z mokrych kosmyków z jego czoła. Spojrzała mu w oczy, zdając sobie sprawę, że pewnie widać było po niej, że płakała. A potem zebrała się w sobie.
- Po prostu nie chcę, by ktoś mnie znów skrzywdził. Zbyt często się to działo. - Odsunęła rękę. - Ale dzięki za te parę dni. Myślałam nawet, że jest dla mnie jakaś nadzieja. - Westchnęła, po czym podeszła do drzwi. - Zazdroszczę temu, kto naprawdę będzie ciebie wart - rzuciła przez ramię, gdy wychodziła.
Zniknęła.
Uciekła.
Jak najdalej od felernego Windermere.
Czuła ciągły lęk przed tym, co za chwilę mogło stać się z jej życiem, a mimo to udawała, że jest odwrotnie. Że właśnie zaczęła nowy stabilny etap i porzuciła duchy przeszłości.
Pieprzenie.
Tak naprawdę jakiś czas po rozpadzie szajki ciągle oglądała się przez ramię, zastanawiała się, kiedy do jej mieszkania wpadną brygadzisty, albo ktoś, z kim miała niezałatwione interesy. Te dwa lata stagnacji sprawiły jednak, że powoli chciała zaufać, że odnalazła bezpieczeństwo. Owszem, stare zwyczaje i nałogi z nią zostały, ale myślała, że pozbyła się najgorszego balastu i co?
I wraz z końcem lipca oznajmiono jej, że cholerny Dante zasadza się na starych znajomych, którzy mu podpadli. I Viorica do nich należała.
Miała więc dwie cholerne tarcze na plecach. Jedna co prawda była już trochę zaśniedziała, patrząc, że przez tyle czasu nikt nie postanowił w nią wycelować, drugą jednak świeżo odmalowano. I choć udawała, że tak nie jest, spędzało jej to sen z powiek.
Zaczęła się zastanawiać, czy były baron nie chciał ją właśnie zniszczyć przez oddanie jej w ręce sprawiedliwości. To nie było takie głupie. W przeciwieństwie do Dante, ale ludzie się przecież zmieniali.
Tak bardzo nie chciała wierzyć, że Cedric pojawił się przy niej tylko po to, by zdobyć jej zaufanie a potem tak po prostu zniszczyć, ale wszystko w niej krzyczało, że tak musi być.
Nie widziała innego powodu, dla którego przy niej tkwił.
Tak, była ładna, mógł to być więc jeden z powodów, ale Lupin, choć miał okazję, nigdy po nią nie sięgnął, tak jak zwykle to bywało. On chciał czegoś innego. A analizując jej pożal się Matce jestestwo, cóż. Tu nie mogło chodzić o czyste intencje.
Bo z kim się trzymała? Z hazardzistami, pijakami, byłymi przestępcami? Och, wyborowe towarzystwo, w którym się przecież od wieków obracała. Oni znali jej grzechy i akceptowali je, bo sami nie byli lepsi.
Cedric był inny. Miał dobre serce, był prawy, miał tylu troszczących się o niego przyjaciół i rodzinę. Wiódł normalne, może trochę zapracowane życie, nie znał tych wszystkich życiowych bagien, przez które Vior dane było przepłynąć. Nie zasługiwała na kogoś takiego.
Szła przez lać, czując, że zbiera jej się na płacz. Obejmowała się ciasno rękami, próbując zdusić w sobie te dławiące uczucie, które ją ogarniało.
Uciekała. Nie wiedziała dokąd, ale po prostu chciała zwiać od tego gniotącego, gorzkiego poczucia zdrady. A jednak, nie potrafiła. Tak jakby nacierało na nią z każdej ze stron.
Dotarła gdzieś do centrum ośrodka, otarła łzy, które spadły na jej policzki i znalazła pierwsze lepsze miejsce, które serwowało alkohol. Przetrzepała kieszenie, nic jednak nie znalazła.
- Cholera - stwierdziła, dziwiąc się nagle, jak złamany był jej głos. Wzięła głęboki wdech. Przeszła się chwilę pomiędzy stolikami, po czym zadowolona znalazła w połowie opróżnioną butelkę whisky, koło innego, ledwo żywego gościa. Widać nie tylko ona miała zły dzień. Spojrzała na obsługę, która miała ją chyba gdzieś, po czym chwyciła butlę i wyszła drugim wyjściem. Nie miała pojęcia, gdzie idzie, ani co zrobi za chwilę, wiedziała jednak, że nie chce być trzeźwa. Kolejny wspaniały pokaz jej umiejętności radzenia sobie z problemami.
A pieprzyć to wszystko.
Wzięła duży łyk, krzywiąc się na posmak łychy, który nigdy jej do końca nie pasował.
Piła i wędrowała, z dala od innych przybyłych do ośrodka ludzi, próbując wymyślić, co w tej chwili powinna zrobić. Nawet nie wiedziała kiedy opróżniła butelkę, a nogi skierowały ją pod ten cholerny domek, w którym w pierwszej chwili myślała, że spędzi kilka miłych dni.
Mogła się spodziewać, że wszystko się zjebie. Odstawiła butelkę na stolik, po czym zaczęła się pakować. Chciała spieprzyć stąd zanim przyjdzie Cedric, cokolwiek teraz robił i gdziekolwiek był. I pewnie by jej się nawet udało, gdyby nie to, że w pewnym momencie w końcu nie wytrzymała i rozryczała się na dobre.
Siedziała na podłodze, oparta o łóżko, czując więcej, niż chciała.
Nie chciała zrozumieć, czemu to tak bolało. Bo wiedziała, że będzie jeszcze gorzej.
- Głupia - szepnęła sama do siebie.
A potem usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i zamarła. Ukryła twarz w dłoniach, wiedząc, że nie może udawać, że jej tu po prostu nie ma. Wyciągnęła z torby małą piersiówkę i wzięła łyk palącej nalewki na odwagę. Zmusiła kufer do pójścia za sobą, po czym wyszła na spotkanie Cedricowi.
Jego widok zabolał. Był mokry, miał poobdzierane ręce, a ona nie mogła przyjąć do wiadomości czemu tak wyglądał. W tej chwili, kompletnie nie chciała przyjąć do wiadomości, że to przez to, że ją szukał. Bo w jej głowie nie miał teraz po co. Nie musiał się tak starać. Nie była tego warta.
Podeszła do niego i nieświadomie odgarnęła jeden z mokrych kosmyków z jego czoła. Spojrzała mu w oczy, zdając sobie sprawę, że pewnie widać było po niej, że płakała. A potem zebrała się w sobie.
- Po prostu nie chcę, by ktoś mnie znów skrzywdził. Zbyt często się to działo. - Odsunęła rękę. - Ale dzięki za te parę dni. Myślałam nawet, że jest dla mnie jakaś nadzieja. - Westchnęła, po czym podeszła do drzwi. - Zazdroszczę temu, kto naprawdę będzie ciebie wart - rzuciła przez ramię, gdy wychodziła.
Zniknęła.
Uciekła.
Jak najdalej od felernego Windermere.
Koniec sesji