28.05.2024, 06:37 ✶
Na zewnątrz – fontanna z alkoholem
Dolina Godryka zdecydowanie nie należała do ulubionych miejsca Anthony'ego Shafiq'a. Właściwie, od sześciu pełnych lat konsekwentnie jej unikał, jakby wkoło roztaczała się bańka odpychająca jego jestestwo od tego miejsca. Dziś jednak był jeden z tych nielicznych wyjątków, policzalnych jak ilość trzeźwych gości po całej imprezie, kiedy jego noga postała w tym miejscu. Ziemia rodziła obficie, zbyt obficie, a z owocami coś trzeba było zrobić. Zaproszenie osoby, która w swoich dłoniach posiadała decyzyjność w sprawie tego ile można było wywieźć owoców z kraju, zdawało się słusznym posunięciem. Wisielczy nastrój Anthony'ego zdawał się jednak temu przeczyć. Zupełnie, jakby uparł się zabrać Little Hagnleton ze sobą, choćby w kilkustopowej, zajmowanej przez siebie przestrzeni.
Siedział na leżaku w okolicy fontanny z alkoholem, ubrany od stóp do głów na czarno. Łańcuszek od kopertowego zegarka błyszczał na pełnej połysku czarnej, satynowej kamizelce, znad czarnego rozległego krawatu wystawało niewiele białego kołnierzyka. U mankietów pobłyskiwały złote spinki dobrane tematycznie w kształcie kuszących hesperydzkich jabłek, choć te niknęły co jakiś czas w rękawach garniturowej marynarki. Na jego nosie spoczywały czarne, okrągłe okulary, osłaniające go przed promieniami słonecznymi, ale też rozmówców od chmurnego spojrzenia stalowych oczu.
Kiedyś interesował się spekulacjami na giełdzie, kiedyś obfitość zbiorów przewidziana, bądź nie, doprowadziłaby go do stanu euforii (bądź załamania). Kiedyś na myśl o soku pomarańczowym skakał pod sufit, wiedząc, że odpowiednio zagraną na rynku informacją można zdobyć bardzo, bardzo wiele. Teraz jednak, gdy opływał w dostatki, jego myśli uciekały ku z goła innym zagadnieniom, które były biegunowo odległe od problemów nękających rodzinę Abbotów. No... może nie tak odległe, w końcu Warownia stała tu, niejako po sąsiedzku.
Westchnął ciężko zauważając, że jego kieliszek jest pusty. Druga dłoń spoczywała na niewielkim czarnym woluminie, smukłe palce wsunięte były między jego stronnice. Przed chwilą czytał i sączył, będąc zapewne kwintesencją tego, czego w innych osobach nie lubiła Pandora Prewett. Teraz jednak rozejrzał się z większą świadomością otoczenia i odchyliwszy się z lekkim skrzypnięciem swojego siedziska, zatrzymał spojrzenie na stojącej samotnie Norze. Przez moment pokalkulował, zważył w sercu na ile ma sił, by podejmować kolejną tego dnia rozmowę. Ponownie spojrzał na pusty kryształ i ponownie westchnął, domykając klamrą ciąg decyzyjności.
Dźwignął się więc z leżaka i pozostawiwszy swoją partnerkę odzianą w czarną skórę, stanął przy tej, której czarne owoce pyszniły się na białej sukience. Ujął nowe źródło dzisiejszej ulgi w dwa palce i zwrócił się do panny Figg.
– Zdaje mi się, żeśmy nie mieli dotąd okazji. Nora Figg, prawda? Przechodziłem jakiś czas temu obok pani lokalu, nie było jednak czasu zajrzeć na dłużej, choć... muszę pani zdradzić, że jestem wielkim fanem cukiernictwa – kłamał zgrabnie, prześlizgując się między półprawdami i motywacjami całej tej konwersacji, choć nie pozostawiał punktów zaczepienia, aby ktoś mógł podważyć jego słowa. Nie powinien – z oczywistych względów i własnego doświadczenia – dawać jakiegokolwiek kredytu zaufania plotkom z Czarownicy, niemniej jednak w ostatnim czasie było to zdecydowanie trudniejsze. – Słyszałem plotki, że coraz więcej osób z Ministerstwa zaopatruje się w pani wyroby, aby osłodzić sobie trudy codziennej służby. Ciekaw jestem bardzo preferencji poszczególnych wydziałów. Mój stażysta w ostatnim czasie ubolewał nad brakiem, jak to określił, owocowych czwartków, pomyślałem, że od czasu do czasu mogłoby pojawić się na ich stole coś ekstra. – Upił szampana, który zdecydowanie zyskiwał przy kolejnym podejściu.
Siedział na leżaku w okolicy fontanny z alkoholem, ubrany od stóp do głów na czarno. Łańcuszek od kopertowego zegarka błyszczał na pełnej połysku czarnej, satynowej kamizelce, znad czarnego rozległego krawatu wystawało niewiele białego kołnierzyka. U mankietów pobłyskiwały złote spinki dobrane tematycznie w kształcie kuszących hesperydzkich jabłek, choć te niknęły co jakiś czas w rękawach garniturowej marynarki. Na jego nosie spoczywały czarne, okrągłe okulary, osłaniające go przed promieniami słonecznymi, ale też rozmówców od chmurnego spojrzenia stalowych oczu.
Kiedyś interesował się spekulacjami na giełdzie, kiedyś obfitość zbiorów przewidziana, bądź nie, doprowadziłaby go do stanu euforii (bądź załamania). Kiedyś na myśl o soku pomarańczowym skakał pod sufit, wiedząc, że odpowiednio zagraną na rynku informacją można zdobyć bardzo, bardzo wiele. Teraz jednak, gdy opływał w dostatki, jego myśli uciekały ku z goła innym zagadnieniom, które były biegunowo odległe od problemów nękających rodzinę Abbotów. No... może nie tak odległe, w końcu Warownia stała tu, niejako po sąsiedzku.
Westchnął ciężko zauważając, że jego kieliszek jest pusty. Druga dłoń spoczywała na niewielkim czarnym woluminie, smukłe palce wsunięte były między jego stronnice. Przed chwilą czytał i sączył, będąc zapewne kwintesencją tego, czego w innych osobach nie lubiła Pandora Prewett. Teraz jednak rozejrzał się z większą świadomością otoczenia i odchyliwszy się z lekkim skrzypnięciem swojego siedziska, zatrzymał spojrzenie na stojącej samotnie Norze. Przez moment pokalkulował, zważył w sercu na ile ma sił, by podejmować kolejną tego dnia rozmowę. Ponownie spojrzał na pusty kryształ i ponownie westchnął, domykając klamrą ciąg decyzyjności.
Dźwignął się więc z leżaka i pozostawiwszy swoją partnerkę odzianą w czarną skórę, stanął przy tej, której czarne owoce pyszniły się na białej sukience. Ujął nowe źródło dzisiejszej ulgi w dwa palce i zwrócił się do panny Figg.
– Zdaje mi się, żeśmy nie mieli dotąd okazji. Nora Figg, prawda? Przechodziłem jakiś czas temu obok pani lokalu, nie było jednak czasu zajrzeć na dłużej, choć... muszę pani zdradzić, że jestem wielkim fanem cukiernictwa – kłamał zgrabnie, prześlizgując się między półprawdami i motywacjami całej tej konwersacji, choć nie pozostawiał punktów zaczepienia, aby ktoś mógł podważyć jego słowa. Nie powinien – z oczywistych względów i własnego doświadczenia – dawać jakiegokolwiek kredytu zaufania plotkom z Czarownicy, niemniej jednak w ostatnim czasie było to zdecydowanie trudniejsze. – Słyszałem plotki, że coraz więcej osób z Ministerstwa zaopatruje się w pani wyroby, aby osłodzić sobie trudy codziennej służby. Ciekaw jestem bardzo preferencji poszczególnych wydziałów. Mój stażysta w ostatnim czasie ubolewał nad brakiem, jak to określił, owocowych czwartków, pomyślałem, że od czasu do czasu mogłoby pojawić się na ich stole coś ekstra. – Upił szampana, który zdecydowanie zyskiwał przy kolejnym podejściu.