Oczywiście, że znał niemal wszystkich na tej imprezie. Mieszkał w Dolinie Godryka od dziecka, a jego skronie już zima życia pokryła lekkim szronem. I chociaż kolejne tygodnie jego życia były ciężkie, chociaż magiczna szata nadal błyszczała jednolitą czernią żałoby, dołączył do Abottów w ich celebracji. Wrócił do Anglii i należało ponownie wrócić na salony. Bardziej kameralne wydarzenie zdawało mu się idealne przed znacznie huczniejszym i licznym weselem u Blacków. Zręcznie unikał tematu swojego zamordowanego brata, chociaż wyraźnie zaznaczał swoje trwanie z żałobie. Rozmowy płynęły i pomimo że miał tylko pojawić się na krótką chwilę, kurtuazyjnie, dla ponownej pracy nad swoją reputacją bawidamka (na pewno była tu jakaś piękna, samotna wdowa), to nie zauważył kiedy, wybrał wypełnienie pustki po bracie, zamiast tej w sercu. Jeden Longbottom mniej? Cóż, jeszcze wielu do pokonania.
Znał większość zabranych. Znał śliczną Penny, którą z jakiegoś powodu czasami w głowie mylił z Poppy. Może dlatego, że kojarzyła mu się z latem i makami czerwieniącymi się pośród kłosów zboża. Zdarzało mu się wysyłać do niej projekty zagadek logicznych do skonstruowania, które nie tylko musiały wykonywać swoją sztuczkę, ale prezentować się jako miniaturowe arcydzieło metalurgii. Był Philip z którym rozmawiał o prostych przyjemnościach życia i mógł wyskoczyć na piwo, nieco korzystając z jego blasku popularności dla własnej korzyści. Na początku przyjęcia dopytać go, czy już rozwiązał problem z Lorettą. Oczywiście, że pamiętał. Była przesłodka Nora, która sprawiała, że na sam jej widok mógłby dostać cukrzycy po raz drugi. Bardzo lubił jej urocze usposobienie, nawet jeśli cały czas jej paniował. Był też i on, Anthony Shafiq, lśniąca gwiazda tego wieczoru, który niedawno pojawił się w magicznej dzielnicy Londynu na plakatach garniturów Rosiera. Wygląd na jeszcze bardziej melancholijnego niż zwykle. Najmniej kojarzył niestety urodziwą panią Pandorę, ledwie z nazwiska.
Podszedł płynnym krokiem, szeleszcząc czarną szatą, bardzo prostą, jak na niego. Dopiero przy bliższych oględzinach, w półmroku, można było dostrzec czarny, bardzo delikatny haft kukułek na gałązkach jabłoni. Czarny na czarnym, subtelnie, ledwie obecnie. Morpheus Longbottom lubił ubierać się jak małe dzieło sztuki.
— Noro, widzę że już poznałaś pana Shafiq'aaa — przeciągnął ostatnią sylabę, gdy wydarzyła się cała sytuacja z dzieckiem. Popatrzył na Norę, popatrzył na dziecko, popatrzył na Shafiq'a, ostatecznie na palącą papierosa kobietę i uśmiechnął się uśmiechem numer 3, nie do końca szczerym, ale na pierwszy rzut oka niesamowicie sympatycznym. Podniósł swój głos w udawanej ekscytacji. — Na matkę! Pierwsze oznaki magii! Jak wspaniale!
Skłamał gładko, wiedząc jak ważne są pierwsze kroki, słowa, uśmiechy i inne tego typu kamienie milowe. Jak celebrowano to w przypadku Mabel czy nawet jego samego. Niech matka myśli, że przegapiła pierwsze magiczne objawienie, a co!