29.05.2024, 20:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2024, 21:06 przez Lorien Mulciber.)
Od Viorici przechodzi ostatecznie do stoiska Mulciber Moonshine.
- Mężczyźni.
Parsknęła cicho, zerkając wręcz konspiracyjnie w stronę Viorici i przewracając oczami. “Wszyscy tacy sami, prawda?” zdawała się mówić. Najlepszy przykład, że czarownica czarownicę zrozumie.
Na szczęście nie musiała tłumaczyć, że tylko jednemu planuje sprawić jakikolwiek prezent. Richard uciekł przy pierwszej okazji, zwabiony jakimś niespodziewanym chaosem, na który Lorien szczerze mówiąc nawet nie zwróciła uwagi. Podobnie zresztą jak na zachowanie szwagra. Poszedł to poszedł. Kiedyś się znajdzie.
I tak niewiele widziała przez tłum ludzi.
Okazało się, że ceny rzeczywiście nie grają dla czarownicy roli, gdy bez zająknięcia wypełniła czek o odpowiednią kwotę z jakimś tam mniejszym lub większym napiwkiem. Wręczyła go Viorici, odbierając swoje zakupy. Przepuściła przy okazji jakąś dziewczynkę bliżej lady, żeby ta mogła obejrzeć drobiazgi. Chociaż mogło też chodzić o chęć uniknięcia bliższego spotkania z trzymaną przez blond panienkę watą cukrową. Ewentualnie jej kotem.
Skierowała bezgłośne “dziękuję” w stronę Zamfir - ot żeby już jej nie rozpraszać gdy obsługiwała innych i poszła dalej.
Dwa stoiska dalej zebrał się całkiem spory tłum gapiów. Co prawda nie widziała jeszcze jakie to było stoisko, ani co spowodowało takie zamieszanie, ale planowała to sprawdzić. Jak zwykle wetknąć nos w absolutnie nie swoje sprawy. Zanim jednak tam dotarła musiała minąć innego sprzedawcę.
Zerknęła tylko niezainteresowana na szyld, gdy przechodziła obok.
Mulciber Moonsh…
S t o p.
Zatrzymała się gwałtownie. Przeczytała słowa jeszcze raz. Wciąż brzmiały tak samo. Dopiero wtedy podniosła wzrok, dostrzegając po drugiej stronie stołu Sophie i jej bimber. Podeszła powoli i spokojnie do stoiska, mijając jakąś dwójkę która właśnie odchodziła dalej.
Lepiej dla nich.
Spojrzała na pasierbicę surowo.
Może niekoniecznie był to ten mrożący krew w żyłach wzrok Roberta, którym można by straszyć niegrzeczne dzieci, ale ewidentnie Lorien nie była w nastroju do żartów. Na spokojnie można by zaryzykować stwierdzeniem, że nawet wobec skazańców prowadzonych do Azkabanu bywała milsza i łagodniejsza.
- Safija Mulciber.- Powiedziała przeciągając z włoska każdą sylabę imienia i nazwiska dziewczyny. Na szczęście dla wszystkich Lorien, chcąc nie chcąc musiała nauczyć się kontrolować emocje - na tyle żeby nie spędzić połowy życia w ptasiej formie. Więc geny “baby z piekła rodem” jaką była jej matka dochodziły do głosu bardzo, bardzo rzadko.- Che cazzo pensi di fare, tersoro?- Zapytała tak uprzejmie jak tylko była w stanie.- Pensavo davvero che dopo tutto questo, dopo la tua performance al Paiolo Magico…- Zaczęła swoją tyradę niezbyt szybko orientując się, że prawdopodobnie biedne dziewczę nie rozumiało ani słowa.
Wzięła głęboki oddech. Potem jeszcze jeden. Ale zanim zdążyła powtórzyć to samo po angielsku, chaos na stoisku obok zrobił się niemożliwy do zignorowania.
Musiała się odwrócić w tamtą stronę
Wychwyciła wzrokiem plecy męża i profil stojącego obok niego Philipa Notta. A zaraz potem stała naocznym świadkiem jak nikt inny tylko Atreus Bulstrode przywalił Nottowi całkiem pokaźnej wielkości świeczką w kształcie…
- Porca puttana!- Zdołała tylko wydukać popisując się piękną włoszczyzną podwórkową. Gdzieś tam jednym uchem wpadło a drugim wypadło jej wołanie “WEŹ MOCNIEJ GO NAPIERDALAJ” a potem “KONIEC PRZEDSTAWIENIA. PROSZĘ SIĘ ROZEJŚĆ”, ale zdołała tylko cicho rzucić do Sophie.- Dziecko. Nalej mi tej swojej cytrynówki.