28.12.2022, 11:48 ✶
Przyłapany. Bo w końcu, jak to jego ojciec mówił, prawdziwy mężczyzna wie, kiedy sytuację stworzyć i kiedy ją wykorzystać. No dobra, nie dodawał raczej tego "prawdziwy mężczyzna", bo odnosiło się to też do kobiet. Raczej wspominał o "ludziach sukcesu", jeśli w ogóle dodatek w tym zdaniu się pojawiał. Tak czy siak okazja była, mieli jedno spotkanie, na którym naprawdę sporo się mogli o sobie dowiedzieć, ale zamiast tego popadł on w ruinę. Sam z siebie, no pewnie, że sam z siebie, bo przecież to nie tak, że to Sauriel go zrujnował! Zapytany jednak przyznałby się bez zawahania - i nie byłoby w tym przyznaniu się nawet krztyny żalu za grzechy.
- Bo czarne koty przynoszą tylko nieszczęście. Zwiastują pecha. - Na początku były żarty. Że kot. Bo wylegiwał się i prężył na słońcu jak one, bo potrafił wykładać się koło kominka, żeby się sfilcować i ogrzać, bo głaskany mruczał z zadowolenia. Bo chodził swoimi ścieżkami. Bo lubił obserwować. Żarty zanikały w miarę tego, jak kocie pazury stawały się ostrzejsze i przestawał już dawać się głaskać, zaczynał syczeć na tych, którzy za bardzo się zbliżyli. W pewnym momencie zespolenie czerni z kotem brzmiało tak często i intensywnie wokół niego, że sam w to uwierzył. Dzisiaj dojrzał do tego wszystkiego na tyle, żeby rozumieć, że pech to coś, na co nie mamy wpływu. Przeznaczenia nie dało się oszukać. Jednak na większość swoich akcji masz wpływ i to ty decydujesz, czy będziesz uszczęśliwiał ludzi czy ich smucić. Kiedy to zrozumiał było już za późno, żeby zrobić tak wiele kroków wstecz, zwłaszcza, gdy nie było woli, by je robić. - To już jednego masz. - Słychać było w tym lekką kpinę, ale była to też kolejna rzecz, która go rozbawiła. Że w ogóle o tym wspomniała, że jej rodzice zadecydowali za nią, co będzie dla niej lepsze i czego bardziej potrzebuje w Hogwarcie i teraz zrobili dokładnie to samo.
- Hmm... - Czy on tak nie miał... nie był pewien. Kiedyś jak najbardziej. Był bardzo ciekaw świata, lubił poznawać ludzi z ich historiami. Dzisiaj wolał nie wiedzieć. Nie interesować się. Czasem wpadał z powrotem na ten tor i tak - coś przykuwało jego uwagę, interesowało. Zauważył jednak, że im bardziej poznajesz człowieka tym bardziej jesteś za niego odpowiedzialny. Oswajasz się z nimi. - Chyba nie. - Nie mógł powiedzieć nie, nie mógł powiedzieć "tak". Kiedy jednak zastanawiał się nad tym zagadnieniem to bardziej skłaniało się ono w kierunku "nie" niż "też tak mam". Kiedy pomyślał o swoich wszystkich spotkaniach z ludźmi i przygodach, na jakie napotykał czy z jakimi miał do czynienia.
Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć na to, co wyrwało się z jej ust. Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale jego wzrok zaraz z powrotem skupił się na drodze. I jak miał być wobec niej uprzejmy? Problem leżał w tym, że rozmowy z nią były zaskakująco gładkie. Problem leżał w tym, że nie chciał, żeby były gładkie. Nie chciał się z nią dogadywać i nie chciał, żeby była osobą, która dba o rodzinę. Wszystko, co robiła i mówiła było wyraźnie zapisanym na białej kartce poznajmy się. Nic ci nie zrobię, więc poznajmy się. Zacisnął na moment mocniej szczękę i na drobną chwilę zacisnął pięści.
Rozmowa w barze potoczyła się już gładkim torem. Jak się zaraz okazało - Sauriel nie znał tej kobiety i tego dzieciaka, który się tu pojawił, ale nic straconego. Zaraz zostali sobie przedstawieni. I tak jak Tori podejrzewała, głupie pytania i głupie teksty się zaczęły. Włącznie z wulgarnością, ale kiedy pojawił się chamski i świński komentarz od strony dopiero co poznanej blondynki to Avery, jak go przedstawił Sauriel, zaraz mówił, że przy jego stole takich tekstów do kobiet nie będzie. Nawet jeśli to od kobiety do kobiety. Kiedy barman jednym ruchem wprawił ścierę w samoczynny ruch, a ta zaczęła polerować ich stolik i przyniósł już raz zamówienie, to szklanice się potem tylko uzupełniały. Przybywało gości, pojedynczy wychodzili, a większa ilość przychodziła. Przy tym piciu, między słowami (Sauriel pił naprawdę niewiele, za to toast wznosił za toastem, udając, że pije razem z nimi i w równym tempie) pojawiło się temat klucz - zabójstwa. "Bo słyszał, że coś się działo". Niepewność co do Tori przeminęła sama z siebie i była traktowana, jakby była tu od zawsze przy tym stoliku. Gadanina się zaczęła. Że chory pojeb, że co to za rytuały to przechodzi ich pojęcie, że biedak, którego aurorzy szukają siedzi i się kisi, żyć nie może, a według niego to nie on. Ludzie zaczęli się tu wymieniać, przedstawiano ich innym, im też przedstawiano kolejnych. Bar zaczął być płynny. Mówili różne rzeczy. Jeden z nich krzywił się paskudnie i mówił, że sam jak znajdzie tego pojeba to mu urżnie łeb. Inny, że przecież jak to się zaczęło to on [ten podejrzany przez aurorów] właśnie przemycał smocze jajo przez granicę, bo potrzebował do jakichś eliksirów, bo popyt na takie a śmakie trucizny. Jeszcze inny dopowiedział, że tu nie ma reguły - przecież ostatnia z ofiar czasami zajmowała się bajerami w stylu voo-doo, sam go prowadzał na spotkania i organizował mu stuff. Skoro nie ma reguły, a jedyną regułą jest pozbycie się szlam, to wyjątkowo trzyma kciuki, żeby aurorom się udało. Bez problemu dowiedzieli się, że aktualnie poszukiwany jest bezpieczny w schronieniu, że nie wychodzi stamtąd, raz w tygodniu noszą mu zakupy. A poza tym ma tam towarzystwo, bo teraz kitra nosa też taki, a taki... Określenie "bez problemu" jest wielce powiedziane. Bo wymagało to prężenia się, alkoholu i wielu godzin gadek szmatek. Gdzieś po drodze pijane towarzystwo wymyśliło sobie grę rzucania nożami do celu, a że padło, że celem miał być młodzik sprowadzony przez Averyego to... cóż. Oczywiście chodziło o to, żeby go NIE trafić. Na szczęście dla dzieciaka - nie ucierpiał. Avery zatrzymywał nóż różdżką, który miałby go trafić. Ile towarzystwo miało ubawu to ich. Gdzieś w międzyczasie doszło do burdy, bo nie zabrakło natręta chamskiego, który się przystawiał do Victorii i nie rozumiał słowa "nie". Oberwał w mordę, skończył na podłodze i jak Sauriel go dosiadł w amoku, to potem dwóch chłopa go odciągało, bo jeszcze chwila i z twarzy chamidła zrobiłby się dżem. Ludzie mijali leżącego i chyba tylko z ostatek łaski nie chodzi po nim jak po dywanie.
Kiedy wyszli z baru Sauriel sam czuł whiskey w swoim oddechu i nieprzyjemny ucisk w głowie.
- Bo czarne koty przynoszą tylko nieszczęście. Zwiastują pecha. - Na początku były żarty. Że kot. Bo wylegiwał się i prężył na słońcu jak one, bo potrafił wykładać się koło kominka, żeby się sfilcować i ogrzać, bo głaskany mruczał z zadowolenia. Bo chodził swoimi ścieżkami. Bo lubił obserwować. Żarty zanikały w miarę tego, jak kocie pazury stawały się ostrzejsze i przestawał już dawać się głaskać, zaczynał syczeć na tych, którzy za bardzo się zbliżyli. W pewnym momencie zespolenie czerni z kotem brzmiało tak często i intensywnie wokół niego, że sam w to uwierzył. Dzisiaj dojrzał do tego wszystkiego na tyle, żeby rozumieć, że pech to coś, na co nie mamy wpływu. Przeznaczenia nie dało się oszukać. Jednak na większość swoich akcji masz wpływ i to ty decydujesz, czy będziesz uszczęśliwiał ludzi czy ich smucić. Kiedy to zrozumiał było już za późno, żeby zrobić tak wiele kroków wstecz, zwłaszcza, gdy nie było woli, by je robić. - To już jednego masz. - Słychać było w tym lekką kpinę, ale była to też kolejna rzecz, która go rozbawiła. Że w ogóle o tym wspomniała, że jej rodzice zadecydowali za nią, co będzie dla niej lepsze i czego bardziej potrzebuje w Hogwarcie i teraz zrobili dokładnie to samo.
- Hmm... - Czy on tak nie miał... nie był pewien. Kiedyś jak najbardziej. Był bardzo ciekaw świata, lubił poznawać ludzi z ich historiami. Dzisiaj wolał nie wiedzieć. Nie interesować się. Czasem wpadał z powrotem na ten tor i tak - coś przykuwało jego uwagę, interesowało. Zauważył jednak, że im bardziej poznajesz człowieka tym bardziej jesteś za niego odpowiedzialny. Oswajasz się z nimi. - Chyba nie. - Nie mógł powiedzieć nie, nie mógł powiedzieć "tak". Kiedy jednak zastanawiał się nad tym zagadnieniem to bardziej skłaniało się ono w kierunku "nie" niż "też tak mam". Kiedy pomyślał o swoich wszystkich spotkaniach z ludźmi i przygodach, na jakie napotykał czy z jakimi miał do czynienia.
Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć na to, co wyrwało się z jej ust. Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale jego wzrok zaraz z powrotem skupił się na drodze. I jak miał być wobec niej uprzejmy? Problem leżał w tym, że rozmowy z nią były zaskakująco gładkie. Problem leżał w tym, że nie chciał, żeby były gładkie. Nie chciał się z nią dogadywać i nie chciał, żeby była osobą, która dba o rodzinę. Wszystko, co robiła i mówiła było wyraźnie zapisanym na białej kartce poznajmy się. Nic ci nie zrobię, więc poznajmy się. Zacisnął na moment mocniej szczękę i na drobną chwilę zacisnął pięści.
Rozmowa w barze potoczyła się już gładkim torem. Jak się zaraz okazało - Sauriel nie znał tej kobiety i tego dzieciaka, który się tu pojawił, ale nic straconego. Zaraz zostali sobie przedstawieni. I tak jak Tori podejrzewała, głupie pytania i głupie teksty się zaczęły. Włącznie z wulgarnością, ale kiedy pojawił się chamski i świński komentarz od strony dopiero co poznanej blondynki to Avery, jak go przedstawił Sauriel, zaraz mówił, że przy jego stole takich tekstów do kobiet nie będzie. Nawet jeśli to od kobiety do kobiety. Kiedy barman jednym ruchem wprawił ścierę w samoczynny ruch, a ta zaczęła polerować ich stolik i przyniósł już raz zamówienie, to szklanice się potem tylko uzupełniały. Przybywało gości, pojedynczy wychodzili, a większa ilość przychodziła. Przy tym piciu, między słowami (Sauriel pił naprawdę niewiele, za to toast wznosił za toastem, udając, że pije razem z nimi i w równym tempie) pojawiło się temat klucz - zabójstwa. "Bo słyszał, że coś się działo". Niepewność co do Tori przeminęła sama z siebie i była traktowana, jakby była tu od zawsze przy tym stoliku. Gadanina się zaczęła. Że chory pojeb, że co to za rytuały to przechodzi ich pojęcie, że biedak, którego aurorzy szukają siedzi i się kisi, żyć nie może, a według niego to nie on. Ludzie zaczęli się tu wymieniać, przedstawiano ich innym, im też przedstawiano kolejnych. Bar zaczął być płynny. Mówili różne rzeczy. Jeden z nich krzywił się paskudnie i mówił, że sam jak znajdzie tego pojeba to mu urżnie łeb. Inny, że przecież jak to się zaczęło to on [ten podejrzany przez aurorów] właśnie przemycał smocze jajo przez granicę, bo potrzebował do jakichś eliksirów, bo popyt na takie a śmakie trucizny. Jeszcze inny dopowiedział, że tu nie ma reguły - przecież ostatnia z ofiar czasami zajmowała się bajerami w stylu voo-doo, sam go prowadzał na spotkania i organizował mu stuff. Skoro nie ma reguły, a jedyną regułą jest pozbycie się szlam, to wyjątkowo trzyma kciuki, żeby aurorom się udało. Bez problemu dowiedzieli się, że aktualnie poszukiwany jest bezpieczny w schronieniu, że nie wychodzi stamtąd, raz w tygodniu noszą mu zakupy. A poza tym ma tam towarzystwo, bo teraz kitra nosa też taki, a taki... Określenie "bez problemu" jest wielce powiedziane. Bo wymagało to prężenia się, alkoholu i wielu godzin gadek szmatek. Gdzieś po drodze pijane towarzystwo wymyśliło sobie grę rzucania nożami do celu, a że padło, że celem miał być młodzik sprowadzony przez Averyego to... cóż. Oczywiście chodziło o to, żeby go NIE trafić. Na szczęście dla dzieciaka - nie ucierpiał. Avery zatrzymywał nóż różdżką, który miałby go trafić. Ile towarzystwo miało ubawu to ich. Gdzieś w międzyczasie doszło do burdy, bo nie zabrakło natręta chamskiego, który się przystawiał do Victorii i nie rozumiał słowa "nie". Oberwał w mordę, skończył na podłodze i jak Sauriel go dosiadł w amoku, to potem dwóch chłopa go odciągało, bo jeszcze chwila i z twarzy chamidła zrobiłby się dżem. Ludzie mijali leżącego i chyba tylko z ostatek łaski nie chodzi po nim jak po dywanie.
Kiedy wyszli z baru Sauriel sam czuł whiskey w swoim oddechu i nieprzyjemny ucisk w głowie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.