30.05.2024, 10:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.05.2024, 11:36 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany, Château des Dragons i okolice
Przysłuchiwał się kwitnącej miłości między rodzeństwem, wymianą uprzejmości, wsparciem, które dawali sobie na każdym kroku. W takich chwilach nie dziwił się, że ludzie częściej traktowali swoich przyjaciół jak rodzinę, bo rzadko kiedy trafiało mu się na więzy krwi, które były innymi niż zazdrością podlewaną ambicjami rodziców, zgryźliwością, zawiścią i pozostałym pakietem emocji zaczynających się na literę "z". Być może patrzył na to przez pryzmat własnych doświadczeń, błąd poznawczy był przecież ludzką ułomnością, w dodatku bardzo powszechną.
– Och, kilka razy przed laty nasze drogi krzyżowały się na polu zawodowym. – Odpowiedział Ambrosii, nie wchodząc w detale tego jak krewki Niewymowny mógłby pomagać komuś z Oddziału Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Tymczasem wyjął kubek z dłoni Hadesa, aby ten przypadkiem nie pobiegł rozwiązywać problemu z obywatelami, mając w rękach coś, co ściągnęłoby na niego niepożądaną uwagę. I już miał wrócić do niezobowiązującej konwersacji z Ambrosią, gdy zastrzygł uchem na znajomy głos, wołający znajome imię. Może jednak powinien się napić wtedy przed chwilą z Victorią i Laurentem? Może. Nagle utrzymanie skupienia na ślicznej egzorcystce stało się bardzo, bardzo trudne.
– Rok rocznie Château des Dragons ma woje stanowisko na Lammas, ale rzeczywiście, osobiście pojawiałem się tam zwykle na otwarcie obchodów. Nie przepadam za wsią, szczególnie latem męczą mnie straszliwe alergie. – To były alergie na podpitych magów, rubaszne żarty i poklepywanie po ramieniu, przez ludzi, którzy uważali, że skoro wiedzieli jak się nazywał to, byli już przyjaciółmi. Bardzo to potem musiał odchorowywać. Miasto trzymało bardziej na dystans i pozwalało w każdej, najdrobniejszej chwiil się wycofać. – Jeśli byłaby pani zainteresowana, winnica ma również białe wina. Tegoroczny zbiór celował w róż przez względu na naszą patronkę. – tu uniósł głowę w kierunku siedzącej na dachu statui, która jak na wezwanie zmieniła ułożenie głowy i zaczęła patrzeć opalowymi oczyma w kierunku sceny. – Proszę spróbować białego sprzed dwóch lat, myślę... Tahiro, masz chyba już jakąś otwartą butelkę prawda? – zapytał hostessę, która uwijała się za ladą, a wzrok sam mu uciekł do rozmawiających niedaleko mężczyzn. Odpowiedział na skinienie jednego z nich, po czym przeprosił Ambrosię i odszedł z posterunku, gasić inne pożary.
Jej twarz wzbudzała nienawiści i dzikość. Czarne oczy utkwione w Anthonym morderczo były osadzone w głowie, która skinęła na jego polecenie i rychło na ladzie pojawiła się butelka. Właściwie uderzyła o ladę. Nie była otwarta, ale dla czarnowłosej cudzoziemki nie był to problem.
– Masz ładny kolor ssskóry. – powiedziała do Ambrosi, ustawiając też nie jeden a dwa kubki. Drugi najwidoczniej dla siebie. Złote łuski (z pewnością przyczepione dla dekoracji) mieniły się w słońcu. W drapieżności kobiety było coś intrygującego, zupełnie tak, jakby rzeczywiście Shafiq znalazł smoka i zmusił go do podawania ludziom wina. Trunek znalazł się w obu kubkach.
To był bardzo zły pomysł, ale kroki wiodły go same. Wiedział przecież, że tak będzie. Że dostanie palec, a zapragnie całej ręki, że jedna wspólna herbata rozbudzi apetyt, na wspólne przeglądanie straganiarskich śmieci, może kolację, jeśli tylko nie wydarzy się nic większego niż aferka spod mulciberowego straganiku. Wspólna przerwa na papierosa, kto by pomyślał. Nie robili tego nigdy, nie tutaj, nie w rodzinnych stronach, bardzo o to dbał, ale teraz przecież nie chciał, by było jak kiedyś. Był spragniony nowej jakości, a ekscytacja mieszała się z obawą. Z wewnętrznej kieszeni piaskowej marynarki wyciągnął swoją złotą papierośnicę i dołączył do kręgu palaczy. Wygodna wymówka.
– Uszanowanie panom, jak nastroje? – zagadnął życzliwie, zaciągając się tytoniem niespiesznie, mając w pamięci, że nie jest to shisha, do której przywykł, a bezpośrednio popielony susz. – Znowu zlecenie od proroka? Jeszcze moment i będę się obawiał, że mi Ciebie ukradną. – To był jakiś pomysł, jakiś ciekawy plan na rozwój tej powolnie kształtowanej znajomości, ale było jeszcze za szybko. Ich konfrontacje zwykle kończyły się bardzo defensywnym Bagshotem, no może poza wczorajszym dniem, jedno popołudnie nie znaczyło jednak nic na dłuższą metę, jeśli nie było utrwalone. Wzrok stalowych oczu przeniósł się na Erika, który jeszcze przed obchodami zdawał mu się spięty. Nie, żeby Anthony'ego to dziwiło, wszak ostatni sabat skończył się tak, jak się skończył. Ciężko było cieszyć się zabawą, która chyba powinna wpadać w gusta Longbottoma, skoro z tyłu czaszki wciąż pozostaje niepewność, czy sielanka nie zostanie przerwana przez grupę zamaskowanych agresorów. Napięta struna łatwo pękała.
– Może skusicie się na coś spod lady? Co prawda nie mam nic starszego niż dziesięć lat, ale z pewnością znajdzie się coś orzeźwiającego, przy czym będzie można się na moment rozluźnić. – zaproponował, ćmiąc dalej papierosa. – No i muszę pilnować mojej smoczycy... Ktoś postanowił rozdawać ludziom kotki i, cóż... trochę się obawiam o ich los. – dodał, uciekając na powrót wzrokiem do rozmawiającej Ambrosii i Tahiry. No niestety nie mógł się rozdwoić, choćby bardzo chciał. Jego matka jednak nie pochodziła z rodu Slughorn.
– Och, kilka razy przed laty nasze drogi krzyżowały się na polu zawodowym. – Odpowiedział Ambrosii, nie wchodząc w detale tego jak krewki Niewymowny mógłby pomagać komuś z Oddziału Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego. Tymczasem wyjął kubek z dłoni Hadesa, aby ten przypadkiem nie pobiegł rozwiązywać problemu z obywatelami, mając w rękach coś, co ściągnęłoby na niego niepożądaną uwagę. I już miał wrócić do niezobowiązującej konwersacji z Ambrosią, gdy zastrzygł uchem na znajomy głos, wołający znajome imię. Może jednak powinien się napić wtedy przed chwilą z Victorią i Laurentem? Może. Nagle utrzymanie skupienia na ślicznej egzorcystce stało się bardzo, bardzo trudne.
– Rok rocznie Château des Dragons ma woje stanowisko na Lammas, ale rzeczywiście, osobiście pojawiałem się tam zwykle na otwarcie obchodów. Nie przepadam za wsią, szczególnie latem męczą mnie straszliwe alergie. – To były alergie na podpitych magów, rubaszne żarty i poklepywanie po ramieniu, przez ludzi, którzy uważali, że skoro wiedzieli jak się nazywał to, byli już przyjaciółmi. Bardzo to potem musiał odchorowywać. Miasto trzymało bardziej na dystans i pozwalało w każdej, najdrobniejszej chwiil się wycofać. – Jeśli byłaby pani zainteresowana, winnica ma również białe wina. Tegoroczny zbiór celował w róż przez względu na naszą patronkę. – tu uniósł głowę w kierunku siedzącej na dachu statui, która jak na wezwanie zmieniła ułożenie głowy i zaczęła patrzeć opalowymi oczyma w kierunku sceny. – Proszę spróbować białego sprzed dwóch lat, myślę... Tahiro, masz chyba już jakąś otwartą butelkę prawda? – zapytał hostessę, która uwijała się za ladą, a wzrok sam mu uciekł do rozmawiających niedaleko mężczyzn. Odpowiedział na skinienie jednego z nich, po czym przeprosił Ambrosię i odszedł z posterunku, gasić inne pożary.
Jej twarz wzbudzała nienawiści i dzikość. Czarne oczy utkwione w Anthonym morderczo były osadzone w głowie, która skinęła na jego polecenie i rychło na ladzie pojawiła się butelka. Właściwie uderzyła o ladę. Nie była otwarta, ale dla czarnowłosej cudzoziemki nie był to problem.
– Masz ładny kolor ssskóry. – powiedziała do Ambrosi, ustawiając też nie jeden a dwa kubki. Drugi najwidoczniej dla siebie. Złote łuski (z pewnością przyczepione dla dekoracji) mieniły się w słońcu. W drapieżności kobiety było coś intrygującego, zupełnie tak, jakby rzeczywiście Shafiq znalazł smoka i zmusił go do podawania ludziom wina. Trunek znalazł się w obu kubkach.
Pali i rozmawia na uboczu z Isaackiem i Erikiem
To był bardzo zły pomysł, ale kroki wiodły go same. Wiedział przecież, że tak będzie. Że dostanie palec, a zapragnie całej ręki, że jedna wspólna herbata rozbudzi apetyt, na wspólne przeglądanie straganiarskich śmieci, może kolację, jeśli tylko nie wydarzy się nic większego niż aferka spod mulciberowego straganiku. Wspólna przerwa na papierosa, kto by pomyślał. Nie robili tego nigdy, nie tutaj, nie w rodzinnych stronach, bardzo o to dbał, ale teraz przecież nie chciał, by było jak kiedyś. Był spragniony nowej jakości, a ekscytacja mieszała się z obawą. Z wewnętrznej kieszeni piaskowej marynarki wyciągnął swoją złotą papierośnicę i dołączył do kręgu palaczy. Wygodna wymówka.
– Uszanowanie panom, jak nastroje? – zagadnął życzliwie, zaciągając się tytoniem niespiesznie, mając w pamięci, że nie jest to shisha, do której przywykł, a bezpośrednio popielony susz. – Znowu zlecenie od proroka? Jeszcze moment i będę się obawiał, że mi Ciebie ukradną. – To był jakiś pomysł, jakiś ciekawy plan na rozwój tej powolnie kształtowanej znajomości, ale było jeszcze za szybko. Ich konfrontacje zwykle kończyły się bardzo defensywnym Bagshotem, no może poza wczorajszym dniem, jedno popołudnie nie znaczyło jednak nic na dłuższą metę, jeśli nie było utrwalone. Wzrok stalowych oczu przeniósł się na Erika, który jeszcze przed obchodami zdawał mu się spięty. Nie, żeby Anthony'ego to dziwiło, wszak ostatni sabat skończył się tak, jak się skończył. Ciężko było cieszyć się zabawą, która chyba powinna wpadać w gusta Longbottoma, skoro z tyłu czaszki wciąż pozostaje niepewność, czy sielanka nie zostanie przerwana przez grupę zamaskowanych agresorów. Napięta struna łatwo pękała.
– Może skusicie się na coś spod lady? Co prawda nie mam nic starszego niż dziesięć lat, ale z pewnością znajdzie się coś orzeźwiającego, przy czym będzie można się na moment rozluźnić. – zaproponował, ćmiąc dalej papierosa. – No i muszę pilnować mojej smoczycy... Ktoś postanowił rozdawać ludziom kotki i, cóż... trochę się obawiam o ich los. – dodał, uciekając na powrót wzrokiem do rozmawiającej Ambrosii i Tahiry. No niestety nie mógł się rozdwoić, choćby bardzo chciał. Jego matka jednak nie pochodziła z rodu Slughorn.