28.12.2022, 17:31 ✶
...jakby chciał Cię zjeść. Bo patrząc na Czerwonego Kapturka, Wilk pomyślał: „Smaczny to dla mnie kąsek z tej małej(..). Muszę się wziąć mądrze do rzeczy, by mi (..) wpadła w zęby.”
Fernah nie miała na swoich pleckach czerwonego płaszczyka, jej twarzy nie przysłaniał kapturek. Stojący naprzeciwko niej osobnik nie był przecież żadnym wilkiem - tylko od kotów go wyzywali. Kobieta miała na sobie biały kitel, a w dłoniach tylko własną różdżkę, nie koszyczek pełen dobroci. Ten trzymała w chłodni, za sobą. I to nawet nie ona, a instytucja, w której pracowała. Miejsce, gdzie przysięgła strzec życia i zdrowia. Czy wampira, którego nie obowiązywało już prawo życia, miały obowiązywać zasady i przykazania przekazywane przez Munga?
Ona patrzyła na niego tymi wielkimi oczami, a on, Wilk w przebraniu, prawie szeptał jej, że sam ma takie wielkie oczy - żeby ją lepiej widzieć.
Kiwnął lekko głową, gdzieś na granicy tego, że sam chciał jednak podejść a tego, że nie chciał nawet o milimetr zmniejszać między nimi odległości. Między tym, by ją złapać w swoje szpony i tym, by jej nie dotykać. Jeszcze przed momentem to ona nie chciała zmniejszać odległości, bardzo szybko się to zmieniło. Czy rozumiała? Czy naprawdę rozumiała? Jej uniesienie różdżki zmieniło atmosferę w tym pomieszczeniu. Nikt nie pytał, czy było świadome, celowe czy niecelowe. Leciuutko pochylił głowę do przodu i niemal zwierzęco wydawało się błysnąć światło w jego oczach. Przybrał pozycję niemal jak czarna pantera - gotowa do skoku w celu zagrożenia. To, że skakałby prosto na zaklęcie wykraczało już poza pole pojęcia bestii. Mocniej zacisnął palce. Nie ruszył się. Patrzył na patyk i śledził jego ruch, kiedy wędrował powooli na dół. A każdy milimetr tej drogi przeradzał się w wieczność. Ona ruszała ręką w dół, a on podnosił się w górę. I w końcu znów można było złapać tutaj oddech.
Szafka. Obrócił się zaraz do niej, namierzając ją wzrokiem i dopadł do niej z trzęsącymi się łapami. Nasenny. Nie. Na wymioty. Nie. Na klątwę sraką a taką... Jest. Złapał go w palce i odkorkował, wlewając w siebie... chyba trochę więcej niż zwykły łyk, ale przynajmniej nie opróżnił go całego. Kilograma... wystarczy... makówki... Jakaś część tego, co w tym czasie było mówione do niego docierała, a jednostajność tonu, wbrew temu, co wydawało się teraz Fernah, była całkiem pomocna. Nie liczyła się treść - liczył się sam głos. A raczej - ton tego głosu. Mogłaś drżeć w środeczku, droga Fernah, być niepewną, ale na zewnątrz dla spanikowanego wampira byłaś całkowicie profesjonalna. Spoglądał na ciebie i widział lekarza. Widział osobę, która mogła mu pomóc. Która nie ujarzmiła niebezpiecznego osobnika, tylko postanowiła mu pomóc. Jak człowiekowi. I nawet nie przeszło mu przez głowę, że może i czaru nie rzuciłaś, że może wcale sobie z czarami tak świetnie nie radziłaś, ale zawsze mogłaś wcisnąć coś, co mu zaszkodzi. Szczerze? Nawet nie wiedział, jak na razie, czy coś takiego istniało. Woda święcona? Czosnek? Nie wiem, landrykowy puszek uroczości? Jakoś tak to szło - lekarzom się ufało. Z samego faktu, że byli lekarzami.
Wziął głęboki wdech, chociaż wcale go nie potrzebował. Zamknął eliksir i odstawił go do szafki, obracając się znów do Fernah. I oczy zjechały pod nogi, na kawałki szkła. Nie chciał. Bogowie mu świadkiem, że nie chciał, ale co to zmieniało? Co zmieniało to, że ona była lekarzem, kiedy on był głodny? Taki głodny... To szkiełko chrzęściło pod nogami, a on znał taki wierszyk: Czucie i wiara silniej mówi do mnie, Niż mędrca szkiełko i oko. Głupi wierszyk, który utknął mu w głowie i teraz się zakradł do niej, gdy zobaczył blask w tym szkiełku. Ulotna myśl, bo zaraz znów przed sobą miał Fernah. Jej charakterystyczną, urodziwą aparycję. Jej szyję. Jej niespokojny błysk w oczach, skupionych i uważnych. Jej gesty. Chciał pokręcić głową - zamiast tego nią pokiwał. Chciał się rozpłakać, zamiast tego czuł zniecierpliwienie. Jak pies, który czuje surowe mięso, wygłodzony i bardzo niecierpliwy pies. Ten sam, którego kij nauczył, że jednak nie wolno gryźć ręki, która jeść daje. Nozdrza pracowały mu intensywnie, wdychał zapachy tutejszych medykamentów i rozlanych eliksirów. I wdychał jej zapach. Cały się naprostował i naprężył, kiedy wycelowana w lodówkę różdżka poszła w ruch, lodówka się otworzyła ii... i miał wrażenie, że jeśli jeszcze mocniej zaciśnie dłoń na tym kawałku drewnianej półki to zostaną na niej ślady po tym uścisku. Chciał coś nawet powiedzieć. Że nie chce. Zamiast tego z jego gardła wydobył się jakiś pomruk. Głęboki, dziwny pomruk.
Fernah nie miała na swoich pleckach czerwonego płaszczyka, jej twarzy nie przysłaniał kapturek. Stojący naprzeciwko niej osobnik nie był przecież żadnym wilkiem - tylko od kotów go wyzywali. Kobieta miała na sobie biały kitel, a w dłoniach tylko własną różdżkę, nie koszyczek pełen dobroci. Ten trzymała w chłodni, za sobą. I to nawet nie ona, a instytucja, w której pracowała. Miejsce, gdzie przysięgła strzec życia i zdrowia. Czy wampira, którego nie obowiązywało już prawo życia, miały obowiązywać zasady i przykazania przekazywane przez Munga?
Ona patrzyła na niego tymi wielkimi oczami, a on, Wilk w przebraniu, prawie szeptał jej, że sam ma takie wielkie oczy - żeby ją lepiej widzieć.
Kiwnął lekko głową, gdzieś na granicy tego, że sam chciał jednak podejść a tego, że nie chciał nawet o milimetr zmniejszać między nimi odległości. Między tym, by ją złapać w swoje szpony i tym, by jej nie dotykać. Jeszcze przed momentem to ona nie chciała zmniejszać odległości, bardzo szybko się to zmieniło. Czy rozumiała? Czy naprawdę rozumiała? Jej uniesienie różdżki zmieniło atmosferę w tym pomieszczeniu. Nikt nie pytał, czy było świadome, celowe czy niecelowe. Leciuutko pochylił głowę do przodu i niemal zwierzęco wydawało się błysnąć światło w jego oczach. Przybrał pozycję niemal jak czarna pantera - gotowa do skoku w celu zagrożenia. To, że skakałby prosto na zaklęcie wykraczało już poza pole pojęcia bestii. Mocniej zacisnął palce. Nie ruszył się. Patrzył na patyk i śledził jego ruch, kiedy wędrował powooli na dół. A każdy milimetr tej drogi przeradzał się w wieczność. Ona ruszała ręką w dół, a on podnosił się w górę. I w końcu znów można było złapać tutaj oddech.
Szafka. Obrócił się zaraz do niej, namierzając ją wzrokiem i dopadł do niej z trzęsącymi się łapami. Nasenny. Nie. Na wymioty. Nie. Na klątwę sraką a taką... Jest. Złapał go w palce i odkorkował, wlewając w siebie... chyba trochę więcej niż zwykły łyk, ale przynajmniej nie opróżnił go całego. Kilograma... wystarczy... makówki... Jakaś część tego, co w tym czasie było mówione do niego docierała, a jednostajność tonu, wbrew temu, co wydawało się teraz Fernah, była całkiem pomocna. Nie liczyła się treść - liczył się sam głos. A raczej - ton tego głosu. Mogłaś drżeć w środeczku, droga Fernah, być niepewną, ale na zewnątrz dla spanikowanego wampira byłaś całkowicie profesjonalna. Spoglądał na ciebie i widział lekarza. Widział osobę, która mogła mu pomóc. Która nie ujarzmiła niebezpiecznego osobnika, tylko postanowiła mu pomóc. Jak człowiekowi. I nawet nie przeszło mu przez głowę, że może i czaru nie rzuciłaś, że może wcale sobie z czarami tak świetnie nie radziłaś, ale zawsze mogłaś wcisnąć coś, co mu zaszkodzi. Szczerze? Nawet nie wiedział, jak na razie, czy coś takiego istniało. Woda święcona? Czosnek? Nie wiem, landrykowy puszek uroczości? Jakoś tak to szło - lekarzom się ufało. Z samego faktu, że byli lekarzami.
Wziął głęboki wdech, chociaż wcale go nie potrzebował. Zamknął eliksir i odstawił go do szafki, obracając się znów do Fernah. I oczy zjechały pod nogi, na kawałki szkła. Nie chciał. Bogowie mu świadkiem, że nie chciał, ale co to zmieniało? Co zmieniało to, że ona była lekarzem, kiedy on był głodny? Taki głodny... To szkiełko chrzęściło pod nogami, a on znał taki wierszyk: Czucie i wiara silniej mówi do mnie, Niż mędrca szkiełko i oko. Głupi wierszyk, który utknął mu w głowie i teraz się zakradł do niej, gdy zobaczył blask w tym szkiełku. Ulotna myśl, bo zaraz znów przed sobą miał Fernah. Jej charakterystyczną, urodziwą aparycję. Jej szyję. Jej niespokojny błysk w oczach, skupionych i uważnych. Jej gesty. Chciał pokręcić głową - zamiast tego nią pokiwał. Chciał się rozpłakać, zamiast tego czuł zniecierpliwienie. Jak pies, który czuje surowe mięso, wygłodzony i bardzo niecierpliwy pies. Ten sam, którego kij nauczył, że jednak nie wolno gryźć ręki, która jeść daje. Nozdrza pracowały mu intensywnie, wdychał zapachy tutejszych medykamentów i rozlanych eliksirów. I wdychał jej zapach. Cały się naprostował i naprężył, kiedy wycelowana w lodówkę różdżka poszła w ruch, lodówka się otworzyła ii... i miał wrażenie, że jeśli jeszcze mocniej zaciśnie dłoń na tym kawałku drewnianej półki to zostaną na niej ślady po tym uścisku. Chciał coś nawet powiedzieć. Że nie chce. Zamiast tego z jego gardła wydobył się jakiś pomruk. Głęboki, dziwny pomruk.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.