30.05.2024, 22:51 ✶
Południowe stragany - Mulciber Moonshine
Prawda była taka, że w pierwszej chwili nawet drugiej panny przy stoisku nie zauważyła, w pełni skupiona na fakcie, że Sophie tu w ogóle była (o czym ruda nie raczyła w domu powiedzieć). A potem na rzeczach, które działy się na straganie obok (czego z kolei Lorien się kompletnie nie spodziewała - bo ile emocji może wzbudzić sprzedaż pieprzonych świeczek?)
Ale po prawdzie, Lorien wcale nie krzyczała. Fakt, brzmiała na ekstremalnie przejętą, ale taki już urok języka. Co do jej tyrady - uznała że nie ma sensu jej teraz tłumaczyć. Porozmawiają o tym w domu. Bardzo poważnie porozmawiają.
- Och. Dzień dobry.- Odpowiedziała, niemal z automatu odwzajemniając ten sam uroczy uśmiech. Brew jej lekko drgnęła słysząc nazwisko. Przynajmniej wszystko zostawało w rodzinie. Rzuciła Sophie spojrzenie w stylu “nie powiesz mi więcej kim jest ta panna Mulciber?”- Lorien… Lorien Mulciber.- Dodała wahając się przez moment czy nie poprzestać na samym imieniu.
Przeniosła spojrzenie na czerwoną jak maki na wiosnę pasierbicę i westchnęła cicho.
Odpowiedź była prosta: Nie, Sophie pod żadnym pozorem nie powinna była na to patrzeć. Po pierwsze - to nie były sprawy, którymi powinna interesować się dziewczyna w jej wieku, w dodatku niezamężna. Po drugie - cokolwiek się tam działo, na pewno już znalazło się pod całkowitą kontrolą. Po trzecie - Lorien nie znała odpowiedzi na najważniejsze pytanie - czy Robert wiedział, że cytrynówkowy interes dorobił się własnego stoiska.
Zanim jednak zadała to nurtujące ją pytanie, upiła trochę alkoholu ze szklanki. Skrzywiła się minimalnie - okej, bimber to jednak bimber. Smak przypominał jej mniej skomplikowane, radośniejsze czasy, kiedy spędzała więcej czasu w otoczeniu Prewettów. Szczególnie jedno radosne wspomnienie tkwiło w jej umyśle - gdy parę lat temu obstawiła wyjątkowo sporą kwotę na wyścigach na konia, który nie miał szansy wygrać - a jednak. Lorien wróciła do domu z wypchaną sakiewką, pijana od szampana i smaku zwycięstwa. Fakt, że następnego dnia kompletnie ten hajs roztrwoniła był zupełnie inną historią.
Nagle kwestia zgody ojca na całą tą ckliwą i tandetną szopkę stała się mniej ważna. Skoro pasierbica chciała staczać się na mroczną drogę handlu alkoholem, a niewątpliwie za niedługo - narkotykami i nierządem na Nokturnie - droga wolna. Magiczne właściwości alkoholu zrobiły swoje - a Lorien stała się radosna jak ptaszek o poranku.
Zignorowała nawet krzyk “LEONARD”, który dobiegł ze stoiska obok. Pewnie powinna tam była zajrzeć, ale - może później. Jak już przestaną się obijać świeczkami.
- Głupio by było, gdyby na kolejnym sabacie były jakieś afery i ataki?
- Ataki?- Zapytała Lyssy, podłapując temat. Ot z czystej, wrodzonej ciekawości czlowieka, który od miesięcy przebywał poza krajem. Ominęło ją Beltane. A to zawsze takie urocze święto… Bardzo aferogenne to fakt, ale żeby zaraz jakieś ataki miały się tam rozgrywać?
Prawda była taka, że w pierwszej chwili nawet drugiej panny przy stoisku nie zauważyła, w pełni skupiona na fakcie, że Sophie tu w ogóle była (o czym ruda nie raczyła w domu powiedzieć). A potem na rzeczach, które działy się na straganie obok (czego z kolei Lorien się kompletnie nie spodziewała - bo ile emocji może wzbudzić sprzedaż pieprzonych świeczek?)
Ale po prawdzie, Lorien wcale nie krzyczała. Fakt, brzmiała na ekstremalnie przejętą, ale taki już urok języka. Co do jej tyrady - uznała że nie ma sensu jej teraz tłumaczyć. Porozmawiają o tym w domu. Bardzo poważnie porozmawiają.
- Och. Dzień dobry.- Odpowiedziała, niemal z automatu odwzajemniając ten sam uroczy uśmiech. Brew jej lekko drgnęła słysząc nazwisko. Przynajmniej wszystko zostawało w rodzinie. Rzuciła Sophie spojrzenie w stylu “nie powiesz mi więcej kim jest ta panna Mulciber?”- Lorien… Lorien Mulciber.- Dodała wahając się przez moment czy nie poprzestać na samym imieniu.
Przeniosła spojrzenie na czerwoną jak maki na wiosnę pasierbicę i westchnęła cicho.
Odpowiedź była prosta: Nie, Sophie pod żadnym pozorem nie powinna była na to patrzeć. Po pierwsze - to nie były sprawy, którymi powinna interesować się dziewczyna w jej wieku, w dodatku niezamężna. Po drugie - cokolwiek się tam działo, na pewno już znalazło się pod całkowitą kontrolą. Po trzecie - Lorien nie znała odpowiedzi na najważniejsze pytanie - czy Robert wiedział, że cytrynówkowy interes dorobił się własnego stoiska.
Zanim jednak zadała to nurtujące ją pytanie, upiła trochę alkoholu ze szklanki. Skrzywiła się minimalnie - okej, bimber to jednak bimber. Smak przypominał jej mniej skomplikowane, radośniejsze czasy, kiedy spędzała więcej czasu w otoczeniu Prewettów. Szczególnie jedno radosne wspomnienie tkwiło w jej umyśle - gdy parę lat temu obstawiła wyjątkowo sporą kwotę na wyścigach na konia, który nie miał szansy wygrać - a jednak. Lorien wróciła do domu z wypchaną sakiewką, pijana od szampana i smaku zwycięstwa. Fakt, że następnego dnia kompletnie ten hajs roztrwoniła był zupełnie inną historią.
Nagle kwestia zgody ojca na całą tą ckliwą i tandetną szopkę stała się mniej ważna. Skoro pasierbica chciała staczać się na mroczną drogę handlu alkoholem, a niewątpliwie za niedługo - narkotykami i nierządem na Nokturnie - droga wolna. Magiczne właściwości alkoholu zrobiły swoje - a Lorien stała się radosna jak ptaszek o poranku.
Zignorowała nawet krzyk “LEONARD”, który dobiegł ze stoiska obok. Pewnie powinna tam była zajrzeć, ale - może później. Jak już przestaną się obijać świeczkami.
- Głupio by było, gdyby na kolejnym sabacie były jakieś afery i ataki?
- Ataki?- Zapytała Lyssy, podłapując temat. Ot z czystej, wrodzonej ciekawości czlowieka, który od miesięcy przebywał poza krajem. Ominęło ją Beltane. A to zawsze takie urocze święto… Bardzo aferogenne to fakt, ale żeby zaraz jakieś ataki miały się tam rozgrywać?