31.05.2024, 03:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.05.2024, 03:23 przez Ambrosia McKinnon.)
Południowe stragany - Château des Dragons
Na polu zawodowym? Rosie aż uniosła nieco brwi, ale tylko dlatego że zapomniała iż Hades posiadał jakąś karierę zanim został psem policyjnym. Ładnie wyglądał w tym swoim krawężnikowym mundurku, ale tata był z niego o wiele bardziej dumny, kiedy pracował w Departamencie Tajemnic. Mówił jej wtedy często, że mogłaby brać przykład z brata, a ona mu mówiła słodkim głosikiem 'no przecież próbuję, tato' i wracał do niszczenia sobie życia u boku Alexandra Mulcibera. Z tego, o dziwo, jej ojciec wydawał się nawet bardzo zadowolony, bo chyba stwierdził że nawet jeśli jego córka nie zrobi oszałamiającej kariery to przynajmniej wyjdzie bogato za mąż. Teraz rwał sobie włosy z głowy, zastanawiając gdzie popełnił błąd.
- Hades, tylko nie za mocno - upomniała brata na odchodnym, bo przecież wiedziała. Wiedziała co go wywabiło spod daszka atrakcji przy której stali. Wiedziała co teraz idzie zrobić i że to nie miało być pokojowe rozwiązanie dziejacej się sytuacji. Ale sama nie chciała tam iść. Nie chciała stawać mu na drodze, bo robienie dramatów na podobieństwo tych z Ataraxii, nie wchodziło w grę przy ludziach. Tak samo nie chciała dawać Mulciberowi satysfakcji, że poszła popatrzeć ja się bije o Matka jedna wie co tym razem.
- Och, rozumiem. Może nie mam aż takich problemów z przyrodą, ale sama wolę stare, dobre miasto. Przynajmniej to Angielskie - uśmiechnęła się trochę współczująco do Anthony'ego bo taka Maeve też miała alergie, więc Rosie zdążyła się już nauczyć, jak parszywie to mogło działać na człowieka. - A, w sumie chętnie spróbuję. Dobrego nigdy za wiele - zaśmiała się perliście, nie mogąc tak zwyczajnie odmówić. I przez grzeczność i z zachłanności. Zielone spojrzenie przeskoczyło w bok, obłapiając sylwetkę hostessy, która krzątała się przy butelkach, jej uwagę natomiast przywitała uśmiechem. Nie przeszkadzało jej, że i Shafiq od niej uciekł, wyraźnie chcąc porozmawiać z jakimiś swoimi znajomymi. Uśmiechnęła się tylko do Isaaca, kiedy podchwyciła jego spojrzenie na moment, zaraz jednak uwagę zwracając na nowo ku kobiecie.
- Ładny? - spojrzała po sobie, uśmiechając się przy tym nieco nieśmiało. - Dziękuję bardzo. Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie komuś pochwalić mnie w taki sposób, nie kiedy w Londynie taka prezencja wydaje się tak pospolita. Ale ty? Wyglądasz przecudownie. Jak promyk słońca prześwitujący przez obsydian. Wiesz jak one wyglądają? Pokażę ci - pogrzebała w kieszeniach, wyciągając z jednej z nich niewielką garść minerałów, zanim nie wyłuskała jednego z nich. Kiedy spoczywał na jej dłoni był cały czarny. Połyskiwał ładnie, gładko oszlifowany. - Ale patrz teraz - podniosła kamyk ku górze, a kiedy padły na niego promienie słońca, okazał się przeświecający. Napełniony światłem wypełniał się złocistym blaskiem. - Mówi się, że ten kto posiada ten kamień, nigdy nie będzie płakał. Proszę, jest twój.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror