31.05.2024, 17:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 23:17 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany, Château des Dragons i okolice
Anthony rozmawia chwilę z Isaaciem i Erikiem, bierze wino i odchodzi w kierunku sceny, pozostawiając stanowisko pod wątpliwą opieką swojej asystentki.
Anthony rozmawia chwilę z Isaaciem i Erikiem, bierze wino i odchodzi w kierunku sceny, pozostawiając stanowisko pod wątpliwą opieką swojej asystentki.
Dostrzegł fałsz w wypowiedzi Isaaca, który zdecydowanie inaczej wyglądał w takim przygaszeniu, ale nie skomentował jej, czyniąc sobie co najwyżej pamięciową notkę, aby powrócić do tej sytuacji na osobności, albowiem zdecydowanie entuzjazm młodzika wymagał odpowiedniego ukierunkowania. Początkowo Anthony rozważał ów przewodnictwo po to, aby ta energia nie wybuchła jemu w twarz, teraz jednak miał mgliste przeczucie, że może to tak na prawdę skrzywdzić samego Bagshota, co nie było mu w smak.
– Tak, tak Isaacu właśnie widzę jaki priorytet. Przyznaj się lepiej, że marzy Ci się posada dziennikarza śledczego, zamiast żmudny los ministerialnego stażysty. – Trochę się droczył, a trochę jednak uprzedzał czarodzieja o swoich wątpliwościach co do łapania tych "fuch". Do czego to doszło, żeby on, Anthony Shafiq musiał uczyć etyki zawodowej... Wyglądało jednak, że jakie czasy taki mentoring, a skoro w okolicy nie było nikogo lepszego?
– Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę takiego tłumu i takiej prasy– opowiedział bez moemntu zawahania Erikowi. Konkurencja? Dobre sobie! – A wino... jest wieczne. Będziemy mogli porozmawiać o tym za dziesięć lat, czy w listopadowy wieczór będziesz wolał napić się cytrynówki, czy sięgniesz po wino z konkretnego rocznika, w którego smaku i aromacie umysł pogrąży się we wspomnieniach na których zachowaniu zależało Ci najbardziej. – Wciąż paląc podszedł do lady, gdzie jego urocza asystentka, z oryginalnym zamiłowaniem do małych kociąt, oglądała właśnie kamyk, jakby w życiu pierwszy raz coś takiego widziała. Szczęśliwie nim Ambrosia skradła jej uwagę, ustawiła szereg kubeczków gotowych do zabrania w drogę. Barbarzyństwo, a jednak Anthony podał go nie tylko Longbottomowi ale też wziął jeden dla siebie. – Zeszłoroczny musujący róż doskonale będzie oddawać nastrój tegorocznego lammas, bogowie błogosławcie nam takimi problemami. Przykrywek nie ma, ale też degustacyjna ilość niełatwo się rozlewa. I tak chciałem się przejść zobaczyć część występów sądzę... – oczami ześlizgnął się po pospiesznie ewakuującej się ludności z tej części placu gdzieś przez nagłośnienie dochodził do nich chaos dziejący się na scenie. Shafiq bardzo nie chciał być kojarzony z tego typu sytuacjami, więc – choć nie był to jego pierwotny plan – postanowił się ewakuować.
– Chodźmy, a Tobie Isaacu życzę lekkiego pióra. Nie bądź zbyt surowy w swojej ocenie. – rzucił i nim odszedł w kierunku sceny, wychylił się na moment do Tahiry – A Ty bądź grzeczna. Obetnę Ci premię jeśli dotrą do mnie informacje o Twoim łakomstwie – zaraz potem zamierzał iść pod scenę, też trochę żeby wyłapać z tłumu kędzierzawą głowę, gwarant swojego bezpieczeństwa. Jeśli cokolwiek miałoby się stać krwiożerczego i ostatecznego – Morpheus będzie wiedział wcześniej, dając im czas na ucieczkę. Choć jak patrzył na napiętą sylwetkę towarzyszącego mu mężczyzny, to pierwszy raz zaświtała mu w głowie inna myśl, o czasie na "przygotowanie" się. Umoczył usta w zbyt słodkim i płaskim smaku rocznika 71 i odszedł od własnego stoiska zostawiając go pod możliwie dobrą opieką...
... która przestała się wpatrywać w kamyczek pokazywany przez blond egzorcystkę, bo oto mówił do niej jakiś drobny chłopaczek o czarnej czuprynie i szef coś mówił i wszyscy mówili, a ludzie uciekali. Czarne oczy błysnęły złowrogo, bo ludzie uciekali ze straganów, działa się jakaś bójka, w powietrzu unosiła się bardzo nerwowa atmosfera. Sięgnęła po jeden z kubków i postawiła przed Neilem. – Prowansalskie, różowe, roczne. Po patronażem opalookiej. Dobre na upał i smutne myśli. – kiwnęła głową na dach, na którym leżała lśniąca statua, magicznie wprawiana w ruch, choć obecnie nieruchoma. – Niedobre na bitkę magów na środku rynku. – nagle wyciągnęła dłoń ku Ambrosi i złapała ją lekko za nadgarstek. – Choć, ochronię Cię. Spokojnie zmieścisz się obok mnie za ladą. – kiwnęła głową i rzeczywiście było tam miejsce dla kilku osób, a najwidoczniej pod nieobecność kota w okolicy myszy harcowały.
– Tak, tak Isaacu właśnie widzę jaki priorytet. Przyznaj się lepiej, że marzy Ci się posada dziennikarza śledczego, zamiast żmudny los ministerialnego stażysty. – Trochę się droczył, a trochę jednak uprzedzał czarodzieja o swoich wątpliwościach co do łapania tych "fuch". Do czego to doszło, żeby on, Anthony Shafiq musiał uczyć etyki zawodowej... Wyglądało jednak, że jakie czasy taki mentoring, a skoro w okolicy nie było nikogo lepszego?
– Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę takiego tłumu i takiej prasy– opowiedział bez moemntu zawahania Erikowi. Konkurencja? Dobre sobie! – A wino... jest wieczne. Będziemy mogli porozmawiać o tym za dziesięć lat, czy w listopadowy wieczór będziesz wolał napić się cytrynówki, czy sięgniesz po wino z konkretnego rocznika, w którego smaku i aromacie umysł pogrąży się we wspomnieniach na których zachowaniu zależało Ci najbardziej. – Wciąż paląc podszedł do lady, gdzie jego urocza asystentka, z oryginalnym zamiłowaniem do małych kociąt, oglądała właśnie kamyk, jakby w życiu pierwszy raz coś takiego widziała. Szczęśliwie nim Ambrosia skradła jej uwagę, ustawiła szereg kubeczków gotowych do zabrania w drogę. Barbarzyństwo, a jednak Anthony podał go nie tylko Longbottomowi ale też wziął jeden dla siebie. – Zeszłoroczny musujący róż doskonale będzie oddawać nastrój tegorocznego lammas, bogowie błogosławcie nam takimi problemami. Przykrywek nie ma, ale też degustacyjna ilość niełatwo się rozlewa. I tak chciałem się przejść zobaczyć część występów sądzę... – oczami ześlizgnął się po pospiesznie ewakuującej się ludności z tej części placu gdzieś przez nagłośnienie dochodził do nich chaos dziejący się na scenie. Shafiq bardzo nie chciał być kojarzony z tego typu sytuacjami, więc – choć nie był to jego pierwotny plan – postanowił się ewakuować.
– Chodźmy, a Tobie Isaacu życzę lekkiego pióra. Nie bądź zbyt surowy w swojej ocenie. – rzucił i nim odszedł w kierunku sceny, wychylił się na moment do Tahiry – A Ty bądź grzeczna. Obetnę Ci premię jeśli dotrą do mnie informacje o Twoim łakomstwie – zaraz potem zamierzał iść pod scenę, też trochę żeby wyłapać z tłumu kędzierzawą głowę, gwarant swojego bezpieczeństwa. Jeśli cokolwiek miałoby się stać krwiożerczego i ostatecznego – Morpheus będzie wiedział wcześniej, dając im czas na ucieczkę. Choć jak patrzył na napiętą sylwetkę towarzyszącego mu mężczyzny, to pierwszy raz zaświtała mu w głowie inna myśl, o czasie na "przygotowanie" się. Umoczył usta w zbyt słodkim i płaskim smaku rocznika 71 i odszedł od własnego stoiska zostawiając go pod możliwie dobrą opieką...
... która przestała się wpatrywać w kamyczek pokazywany przez blond egzorcystkę, bo oto mówił do niej jakiś drobny chłopaczek o czarnej czuprynie i szef coś mówił i wszyscy mówili, a ludzie uciekali. Czarne oczy błysnęły złowrogo, bo ludzie uciekali ze straganów, działa się jakaś bójka, w powietrzu unosiła się bardzo nerwowa atmosfera. Sięgnęła po jeden z kubków i postawiła przed Neilem. – Prowansalskie, różowe, roczne. Po patronażem opalookiej. Dobre na upał i smutne myśli. – kiwnęła głową na dach, na którym leżała lśniąca statua, magicznie wprawiana w ruch, choć obecnie nieruchoma. – Niedobre na bitkę magów na środku rynku. – nagle wyciągnęła dłoń ku Ambrosi i złapała ją lekko za nadgarstek. – Choć, ochronię Cię. Spokojnie zmieścisz się obok mnie za ladą. – kiwnęła głową i rzeczywiście było tam miejsce dla kilku osób, a najwidoczniej pod nieobecność kota w okolicy myszy harcowały.