Po swojej przemowie dał im chwilę. Niedługą chwilę na to, żeby odpowiednio na jego słowa zareagować. Dostosować się do tutejszych zasad. Nie obchodziło go przy tym to, co na ten temat Charles oraz Leonard rzeczywiście myśleli. Robert trzymał się w tym przypadku zasady mówiącej, że dzieci i ryby głosem nie dysponowały. A nawet jeśli byłoby inaczej, to najpewniej nie miało paść z ich strony cokolwiek, co byłoby wartym uwagi.
Widząc, iż po jego tyradzie, do wszystkiego dołączył się również brat, zamierzał wrócić do śniadania. Pozwolić, żeby to on zajął się ostatecznymi porządkami. Pierw jednak przeszkodziły mu w tym przeprosiny, które padły ze strony Charlesa - jedyną odpowiedzią było w tym przypadku skinięcie głową - następnie zaś Lorien, chcąca przekazać mu jakieś swoje uwagi. Na samym końcu dołączył do tego wszystkiego jeszcze Leonard, który chyba niekoniecznie zrozumiał przesłanie. Tylko czy coś na to dało się jeszcze zaradzić?
Nie zamierzał wplątywać się w przepychanki słowne z ewidentnie źle wychowanym bachorem - bo jak inaczej miałby to określić? Zamiast tracić na to czas, jak i również siły, pochylił się w kierunku Lorien, skupiając się na tym, co żona miała mu do przekazania. Zmarszczył brwi, kiedy okazało się, że jej uwaga dotyczyła Sophie. Przeoczył? Zapewne tak właśnie było. Nie zamierzał się w tym przypadku oszukiwać. Cokolwiek by o niej nie powiedzieć, córka aniołkiem nie była chyba nigdy.
Całe szczęście wyglądało na to, że nadal pozostawała jednak dużo lepiej wychowana niż synowie brata. Wydawała się znać granice. Nie tworzyła samą swoją obecnością aż tak dużego zamieszania.
- Zwrócę na nią większą uwagę. - odpowiada. Po cichu, nie pozwalając na to, żeby słowa te dotarły do uszu pozostałych członków rodziny, którzy akurat znajdują się przy stole. Zarazem nie deklaruje jednak, że zajmie się córką teraz. Wszystko uzależnia od tego, co będzie działo się dalej. W jaki sposób potoczy się to śniadanie. Co nastąpi po tym, jak Sophie oraz Stanley powrócą wreszcie do stolika.
Prostuje się, wraca do talerza. Sięga ponownie po nóż i widelec. Udaje mu się nawet trochę zjeść. Dopić kawę, która nie smakuje już tak dobrze jak jeszcze kilka chwil temu. Decyduje się odstawić ją kawałek dalej. Wzdycha przy tym nieco ciężej. Gdyby nie dzieciarnia, zdążyłby wypić, zanim stała się nieznośna. Stało się jednak jak się stało.
Choć talerz ma już po chwili pusty, nie rusza się. Nie żegna. Nie opuszcza jadalni i nie udaje się do swojego gabinetu. Nie chce zostawiać ich wszystkich samych ze Stanleyem. Ryzykować, że stanie się tutaj za jego plecami coś, czemu mógłby przeciwdziałać. Nie wraca jednak do gazety. Nie nakłada sobie więcej jedzenia. Dochodzi do wniosku, że jeśli ma panować porządek, wszystkiemu trzeba nadać właściwy rytm.
- Leonardzie, ojciec wspominał, że zamierzasz niebawem zacząć prace w tutejszym szpitalu? - pozwala sobie zadać pytanie, na które odpowiedź w zasadzie go nie interesuje. Nie ma większego znaczenia. Przynajmniej w tym momencie.
tura do 04.06