02.06.2024, 00:33 ✶
Ewakuuję się z Lyssą z holu do sali bankietowej, a potem ewakuuję się i od Lyssy udanych podbojów, guwniaro
Gdyby Peregrinus wiedział, że Annaleigh czuje się w tym towarzystwie jak chwast i on przyłożył do tego stanu rzeczy rękę, poczułby w głębi duszy satysfakcję. Niestety w vakelowym kółeczku dokładali wszyscy starań, żeby nie okazać się zbyt otwarcie z tym, co czują, więc mógł jedynie mieć cichą nadzieję, że po równo niszczą sobie nawzajem humor.
Nie umknęła jego uwadze przechodząca Millie Moody. Skinął jej dyskretnie dłonią na powitanie i odprowadził wzrokiem do sali bankietowej, podziwiając kreację. Gdyby nie widział jej na własne oczy w Lecznicy Dusz, w życiu nie uwierzyłby, jak jeszcze niedawno wyglądała ta kobieta. Nawet jeśli za fasadą charakteryzacji wciąż kryła się udręczona dusza, widok kuzynki w takim wydaniu podniósł go lekko na duchu.
Dopiero Vakel odpowiadający Alexandrowi zawrócił jego myśli z tego toru i skierował je z powrotem na rozgrywający się na ich oczach cyrk. Całkiem rozbawiła go reakcja szefa, lecz o ile na wygłupy Mulcibera zareagował prychnięciem, tak w przypadku Dolohova zachował absolutnie kamienną twarz. Przy świadkach coś powstrzymywało go przed okazywaniem w stosunku do Vasilija nawet tak banalnych przejawów pozaprofesjonalnej sympatii jak uśmiech.
Jeśli zaś chodziło o rozpraszające Vakela rączki Lyssy, Trelawney nawet nie zwrócił na nie większej uwagi. Nie przeszkadzało mu, że dziewczyna uwiesiła się jego ramienia, ale też nie płakałby, gdyby uznała, że woli trzymać go na dystans. Nie przegapił natomiast momentu, w którym zacisnęła na nim mocniej palce i nie potrzebował wiele, żeby połączyć to ze spojrzeniem Alexandra. Wcześniej miał go za śmiesznego debila, teraz wykiełkowała obok tego niechęć.
Na szczęście wyglądało na to, że Mulciber i jego towarzyszka nie zamierzali się ich czepić; wręcz przeciwnie. Skorzystał więc z szansy, aby pomóc Lyssie — i sobie przy okazji — wykaraskać się z niekomfortowej sytuacji:
— Więc byliśmy przy drinkach?
Przyciągnął ramię, na którym była uwieszona, bliżej siebie, i skierował kroki do sali bankietowej.
— Doceniam, że wystarał się pan o asystenta na zastępstwo, żebym miał wolny wieczór, mistrzu Dolohov — dodał jeszcze na odchodnym.
Chociaż jeśli Vakel faktycznie miałby ułożyć na asystenta tego psa Alexandra, musiałby zapewne poświęcić dużo czasu na tresurę.
Zostawiając Dolohova sam na sam z żoną, Trelawney poczuł lekkie ukłucie: czy to poczucia winy, że ewakuuje się samolubnie z tej sytuacji, czy to zazdrości o to, że to nie jego czas sam na sam.
Już od samego wejścia na bankiet natomiast dało się odczuć, że coś się tu wydarzyło, więc Peregrinusowi szybko zaczął zapominać o wcześniejszym zajściu. W strzępach podsłuchanych rozmów obiły mu się o uszy słowa jak bójka i Rosier. Wypatrzenie w tłumie Millie w wyróżniającej się kolorem sukience również nie było trudne. Tak samo jak zorientowanie się, że jest sama.
Zagryzł wnętrze policzka, myśląc nad tym, co robić dalej. Nie chciał zostawiać niepocieszonej po starciu z Alexem Lyssy, ale… ale to była Millie.
— Wybaczysz mi na chwilę? — zwrócił się do swojej weselnej partnerki. — Odłóżmy te specjalne alkohole na później. Wypijemy, słowo. Tylko nie sponiewieraj się w międzyczasie za mocno.
Głupio mu było, ale cóż: nim zdążyła odpowiedzieć, mężczyzna już lawirował między ludźmi ku charakterystycznej czarownicy w jasnej sukience. Oczy przyspawane miał do tego beżowego punktu wśród morza hebanu i szkarłatu, pilnował tylko, aby nikogo nie potrącić.
— Mildred Moody. — Stanął przed nią, kryjąc skrzętnie wszystkie oznaki tego, że się o nią martwił. Przy wejściu może aż tak go to nie uderzyło, w końcu była z kimś i zakładał, że w razie czego znajdzie u swojego partnera wsparcie. A teraz została tu sama, co od razu zaświeciło w jego głowie ostrzegawczą lampkę i popchnęło go ku niej nieodpartą potrzebą, aby sprawdzić, czy się trzyma. — Gdzie się podział pani partner?
Gdyby Peregrinus wiedział, że Annaleigh czuje się w tym towarzystwie jak chwast i on przyłożył do tego stanu rzeczy rękę, poczułby w głębi duszy satysfakcję. Niestety w vakelowym kółeczku dokładali wszyscy starań, żeby nie okazać się zbyt otwarcie z tym, co czują, więc mógł jedynie mieć cichą nadzieję, że po równo niszczą sobie nawzajem humor.
Nie umknęła jego uwadze przechodząca Millie Moody. Skinął jej dyskretnie dłonią na powitanie i odprowadził wzrokiem do sali bankietowej, podziwiając kreację. Gdyby nie widział jej na własne oczy w Lecznicy Dusz, w życiu nie uwierzyłby, jak jeszcze niedawno wyglądała ta kobieta. Nawet jeśli za fasadą charakteryzacji wciąż kryła się udręczona dusza, widok kuzynki w takim wydaniu podniósł go lekko na duchu.
Dopiero Vakel odpowiadający Alexandrowi zawrócił jego myśli z tego toru i skierował je z powrotem na rozgrywający się na ich oczach cyrk. Całkiem rozbawiła go reakcja szefa, lecz o ile na wygłupy Mulcibera zareagował prychnięciem, tak w przypadku Dolohova zachował absolutnie kamienną twarz. Przy świadkach coś powstrzymywało go przed okazywaniem w stosunku do Vasilija nawet tak banalnych przejawów pozaprofesjonalnej sympatii jak uśmiech.
Jeśli zaś chodziło o rozpraszające Vakela rączki Lyssy, Trelawney nawet nie zwrócił na nie większej uwagi. Nie przeszkadzało mu, że dziewczyna uwiesiła się jego ramienia, ale też nie płakałby, gdyby uznała, że woli trzymać go na dystans. Nie przegapił natomiast momentu, w którym zacisnęła na nim mocniej palce i nie potrzebował wiele, żeby połączyć to ze spojrzeniem Alexandra. Wcześniej miał go za śmiesznego debila, teraz wykiełkowała obok tego niechęć.
Na szczęście wyglądało na to, że Mulciber i jego towarzyszka nie zamierzali się ich czepić; wręcz przeciwnie. Skorzystał więc z szansy, aby pomóc Lyssie — i sobie przy okazji — wykaraskać się z niekomfortowej sytuacji:
— Więc byliśmy przy drinkach?
Przyciągnął ramię, na którym była uwieszona, bliżej siebie, i skierował kroki do sali bankietowej.
— Doceniam, że wystarał się pan o asystenta na zastępstwo, żebym miał wolny wieczór, mistrzu Dolohov — dodał jeszcze na odchodnym.
Chociaż jeśli Vakel faktycznie miałby ułożyć na asystenta tego psa Alexandra, musiałby zapewne poświęcić dużo czasu na tresurę.
Zostawiając Dolohova sam na sam z żoną, Trelawney poczuł lekkie ukłucie: czy to poczucia winy, że ewakuuje się samolubnie z tej sytuacji, czy to zazdrości o to, że to nie jego czas sam na sam.
Już od samego wejścia na bankiet natomiast dało się odczuć, że coś się tu wydarzyło, więc Peregrinusowi szybko zaczął zapominać o wcześniejszym zajściu. W strzępach podsłuchanych rozmów obiły mu się o uszy słowa jak bójka i Rosier. Wypatrzenie w tłumie Millie w wyróżniającej się kolorem sukience również nie było trudne. Tak samo jak zorientowanie się, że jest sama.
Zagryzł wnętrze policzka, myśląc nad tym, co robić dalej. Nie chciał zostawiać niepocieszonej po starciu z Alexem Lyssy, ale… ale to była Millie.
— Wybaczysz mi na chwilę? — zwrócił się do swojej weselnej partnerki. — Odłóżmy te specjalne alkohole na później. Wypijemy, słowo. Tylko nie sponiewieraj się w międzyczasie za mocno.
Głupio mu było, ale cóż: nim zdążyła odpowiedzieć, mężczyzna już lawirował między ludźmi ku charakterystycznej czarownicy w jasnej sukience. Oczy przyspawane miał do tego beżowego punktu wśród morza hebanu i szkarłatu, pilnował tylko, aby nikogo nie potrącić.
— Mildred Moody. — Stanął przed nią, kryjąc skrzętnie wszystkie oznaki tego, że się o nią martwił. Przy wejściu może aż tak go to nie uderzyło, w końcu była z kimś i zakładał, że w razie czego znajdzie u swojego partnera wsparcie. A teraz została tu sama, co od razu zaświeciło w jego głowie ostrzegawczą lampkę i popchnęło go ku niej nieodpartą potrzebą, aby sprawdzić, czy się trzyma. — Gdzie się podział pani partner?
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie