02.06.2024, 15:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.06.2024, 15:56 przez Cedric Lupin.)
Południowe stragany - Biżuteria Viorici
Rozmawiam z Vioricą.
Powoli czuł się coraz bardziej przytłoczony tempem, z jakim przewijały się przed nim kolejne twarze. Z jakiegoś powodu nie pomyślał, że udając się na dość znane i popularne święto, może spotkać bliskich i znajomych. Niby nie było w tym nic złego, ale był przekonany, że przynajmniej niektórzy mogą zacząć zadawać pytania. Tyle dobrego, że z Munga trafiła mu się Florence. Była chyba ostatnią osobą, którą podejrzewałby o roznoszenie plotek, a miał nieprzyjemne wrażenie, że całkiem sporo osób miałoby ochotę usłyszeć o tym, z kim wolny czas spędza córka pani Zamfir. Starczy dodać do tego fakt, że dobrowolnie zrezygnował z dodatkowych godzin w pracy i tragedia gotowa. Przynajmniej w jego oczach. Naprawdę wolał uniknąć sytuacji, w której musiałby tłumaczyć swoje zachowanie oraz to, co ich łączyło. Głównie dlatego, że sam nie do końca wiedział, jak określić tę relację? Bo co, po prostu byli znajomymi? Wszystkie znaki na niebie obstawały za tą odpowiedzią, ale czuł, że mówiąc to, okłamywałby innych oraz siebie. Nie potrafił tego w pełni określić i nazwać, ale Vior zdecydowanie nie była mu obojętna. Nie miał jednak na tyle odwagi, żeby przeanalizować swoje uczucia i dojść do jakichś konkretnych wniosków. Po prostu skupiał się na tym, że lubił spędzać z nią czas. To chyba było najważniejsze, prawda? Poza tym — wcale nie był pewien tego, że w drugą stronę działało to tak samo. Po prostu skorzystała z oferty darmowej pomocy. Nie było sensu dodawać dalszej logiki do jej działań.
— Dobrze, w takim razie skupmy się na lemoniadzie. Swoją drogą, kiedy coś jadłaś? Jeśli chcesz zachować siły do końca dnia, nie możesz pozbawiać organizmu energii — odparł, posyłając jej uważne, zatroskane spojrzenie. Nie miał żadnego problemu z tym, że w tej chwili jego głównym zadaniem było dostarczanie prowiantu. Zgadzając się na pomoc przy stoisku, wiedział, na co się pisze. Nie był jubilerem, nie był sprzedawcą i nie miał ambicji tego zmieniać. Poza tym — przyniesienie lemoniady miało znacznie więcej znaczenia, niż komukolwiek mogłoby się wydawać! Siedzieli tu już od kilku godzin, a Vior nie zatrzymała się nawet na chwilę. To wcale nie było dla niej dobre. Był lato, co oznaczało wysokie temperatury. Słońce już od dłuższej chwili prażyło ich swoimi promieniami. Nie miał zamiaru dopuścić do sytuacji, w której zrobiłaby sobie krzywdę przez nieuwagę.
W rozmowach z nią czuł się łatwo, swobodnie. Gdyby tylko odrzucić fakt, że otaczały ich setki osób, których nawet nie znał, byłby to nawet przyjemny wypad na świeże powietrze. Praca lekarza powinna go przyzwyczaić do takich sytuacji, ale tutaj było nieco inaczej. W szpitalu miał konkretne procedury i wytyczne, których się trzymał. Tutaj robił za doczepione na szybko tło.
Wsłuchiwał się w kolejne rozmowy, z lekką satysfakcja obserwując to, jak kolejne twory Vior zmieniają właścicieli. Wiedział, że miała talent, a to jedynie potwierdzało jego uwagi. Kobieta naprawdę powinna założyć własny biznes, ale nie chciał truć tym jej głowy, przynajmniej w tej chwili.
— Tak, znam. Zdarzało mi się kilka razy go połatać, gdy trafił do szpitala. W teorii znamy się jeszcze ze szkoły, ale... myślę, że lepiej skupić się na aktualnej sytuacji — odparł nieco koślawo i niepewnie, wciąż podminowany tonem, w jaki przebiegła rozmowa tej dwójki. Przez chwilę kusiło go, żeby opowiedzieć jej nieco o tym, jak Bulstrode gnębił go w szkole, ale ostatecznie zrezygnował. Próby oczerniania go błędami młodości byłyby po prostu słabe. Nie miał zamiaru zniżać się do takiego poziomu. — Gracie w karty? W takim razie już wiem, na kim trenujesz swoje zdolności do pozbawiania mnie kolejnych sykli i galeonów — dodał jeszcze, kręcąc przy tym głową z lekkim rozbawieniem. Jak na razie ich zakłady praktycznie zawsze kończyły się na jej korzyść.
Ciężko stwierdzić, co było gorsze. Fakt, że właśnie doszło do bójki, czy to, że musiał się odnieść do pomysłu biżuterii wykonanej w dość jednoznacznym stylu. Nie, żeby pomysł nie był śmieszny czy źle trafiony. Po prostu nagle zrobiło mu się jakoś tak cholernie głupio. — Nie wiem, czy bójka to idealna reklama, ale... mała kontrowersja pewnie nie zaszkodzi biznesowi? — odparł w końcu, bardzo usilnie starając się nie doprowadzić do sytuacji, w której jego policzki zrobiłby się czerwone. — Powinienem się tam przejść? Może ktoś jest ranny — dodał jeszcze, zerkając niepewnie w jej stronę.