02.06.2024, 16:36 ✶
Wiedziała, że wraz z przekazaniem tajemnicy szerszemu gronu osób, wzrastało także czyhające nad nią niebezpieczeństwo. Z drugiej strony, jeśli przynajmniej w tym domu mogła przestać na co dzień udawać, jak bardzo posypało się życie Dolohovów, to może wcale nie było to najgorsze, co mogło ją spotkać. Wiedziała Lyssa, która usłyszała ich kłótnie, wiedział Peregrinus, który czasami wydawało się, że praktycznie tu mieszkał…
Szkoda, że nie miała tu jednak kogoś, kto był czysto po jej stronie. O ile w ogóle było to możliwe.
Najgorsze, że tym razem nawet nie mogła zaprzeczyć, że to ona była tą złą.
Nie czuła się z tym w tej chwili dobrze. Nie potrafiła przez to odzyskać pewnej pewności w swoją osobę. Traciła twardy grunt, gdy myślała o tym, na jak wielką głupotę godziła się latami i nawet nie miała kogo o to obwinić.
Tak wielka pomyłka godziła w jej poczucie własnego jestestwa. Nie wiedziała, czy ktoś potrafił zrozumieć, jak się czuję.
Uspokoiło ją jednak zapewnienie, że Trelawney nie zrobi nic na własną rękę. Chociaż tyle.
- Czystego tylko dla… niego, prawda? - Nie wiedziała, czemu chciała powiedzieć “was”. Nagle zaczęła widzieć tych dwoje jako drużynę działającą przeciw niej. Cóż, może i prawdziwa wizja. - Nie, żebym była zdziwiona, choć dobrze wiesz, że będę próbować wyjść z tego obronną ręką. Choć jeśli miałeś na myśli nas. - Zastanowiła się trochę, patrząc gdzieś obok twarzy Peregrina. - Może nie będę przeszkadzać - odpowiedziała.
Nikt pewnie nie wiedział, że i tak od jakiegoś czasu zmniejszała ilość podawanej amortencji, mając nadzieję, że Vakel po prostu któregoś dnia zauważy, że jego uczucie osłabło. Wtedy byłaby gotowa na każde rozwiązanie, również kończące to małżeństwo. Widać wyszło jednak nie tak, jak planowała. Zdecydowanie nie tak spokojnie.
Nigdy nikt w końcu nie pomyślał, że i ona poświęcała w tej farsie samą siebie.
Uśmiech Trelawney’a sprawił, że musiała się lekko skrzywić. Nie musiał jej o tym przypominać, zdawała sobie z tego sprawę aż za dobrze, zapewne jednak ten nie mógł się powstrzymać przed poczuciem choć ułamka płynącej z tych słów satysfakcji.
Oparła się ponownie w fotelu, ręce kładąc na podłokietnikach.
- Nie musisz mnie pouczać. Wiem jak mogę skończyć, rozumiem także, że nie mam co liczyć na twoją sympatię, możesz więc darować sobie ten zbędny jad. Możesz cieszyć się z tego, że tajemnica w twoim posiadaniu, wydana, łatwo będzie mogła mnie wykończyć, ale pamiętaj. Najgroźniejsi są ci, co nie mają nic do stracenia. Łatwo jest ugłaskać psa na smyczy. Lepiej jej nie stracić. - Uśmiechnęła się.
Czasami ludzie zapominali, że Annie pod całą tą maską miała ukryte pazury. I krew Lestrangów, która wcale nie oznaczała niczego dobrego.
Szkoda, że nie miała tu jednak kogoś, kto był czysto po jej stronie. O ile w ogóle było to możliwe.
Najgorsze, że tym razem nawet nie mogła zaprzeczyć, że to ona była tą złą.
Nie czuła się z tym w tej chwili dobrze. Nie potrafiła przez to odzyskać pewnej pewności w swoją osobę. Traciła twardy grunt, gdy myślała o tym, na jak wielką głupotę godziła się latami i nawet nie miała kogo o to obwinić.
Tak wielka pomyłka godziła w jej poczucie własnego jestestwa. Nie wiedziała, czy ktoś potrafił zrozumieć, jak się czuję.
Uspokoiło ją jednak zapewnienie, że Trelawney nie zrobi nic na własną rękę. Chociaż tyle.
- Czystego tylko dla… niego, prawda? - Nie wiedziała, czemu chciała powiedzieć “was”. Nagle zaczęła widzieć tych dwoje jako drużynę działającą przeciw niej. Cóż, może i prawdziwa wizja. - Nie, żebym była zdziwiona, choć dobrze wiesz, że będę próbować wyjść z tego obronną ręką. Choć jeśli miałeś na myśli nas. - Zastanowiła się trochę, patrząc gdzieś obok twarzy Peregrina. - Może nie będę przeszkadzać - odpowiedziała.
Nikt pewnie nie wiedział, że i tak od jakiegoś czasu zmniejszała ilość podawanej amortencji, mając nadzieję, że Vakel po prostu któregoś dnia zauważy, że jego uczucie osłabło. Wtedy byłaby gotowa na każde rozwiązanie, również kończące to małżeństwo. Widać wyszło jednak nie tak, jak planowała. Zdecydowanie nie tak spokojnie.
Nigdy nikt w końcu nie pomyślał, że i ona poświęcała w tej farsie samą siebie.
Uśmiech Trelawney’a sprawił, że musiała się lekko skrzywić. Nie musiał jej o tym przypominać, zdawała sobie z tego sprawę aż za dobrze, zapewne jednak ten nie mógł się powstrzymać przed poczuciem choć ułamka płynącej z tych słów satysfakcji.
Oparła się ponownie w fotelu, ręce kładąc na podłokietnikach.
- Nie musisz mnie pouczać. Wiem jak mogę skończyć, rozumiem także, że nie mam co liczyć na twoją sympatię, możesz więc darować sobie ten zbędny jad. Możesz cieszyć się z tego, że tajemnica w twoim posiadaniu, wydana, łatwo będzie mogła mnie wykończyć, ale pamiętaj. Najgroźniejsi są ci, co nie mają nic do stracenia. Łatwo jest ugłaskać psa na smyczy. Lepiej jej nie stracić. - Uśmiechnęła się.
Czasami ludzie zapominali, że Annie pod całą tą maską miała ukryte pazury. I krew Lestrangów, która wcale nie oznaczała niczego dobrego.