30.12.2022, 00:30 ✶
Wyobrażacie sobie tę scenkę? Chudy, smukły mężczyzna o dużych, brązowych oczach pytający o jakiegoś pojebańca. O Sauriela Rookwooda, którego ponoć nie dało się polubić. Kto miał z nim styczność jakąkolwiek wiedział, że przeprawa z nim to istna kara, droga przez mękę, Chrystus mniej się męczył krzyż na swoich plecach dźwigając. Bo Sauriel nie próbował nawet niczego ułatwiać. Szczerość mylił z chamstwem - tak mu mówili. Że mógł większość rzeczy przemilczeć, że niepotrzebnie komentował, że był oblepionym sarkazmem cynikiem. I czy w ogóle potrafił normalnie rozmawiać? I normalnie się wypowiadać? Czy tylko obrażał ludzi wokół i udowadniał im, jak bardzo ma wywalone? I to właśnie Fergus, pośród tych zapijaczonych i zakazanych mord, szukałby tego osobnika. Wśród ludzi, którzy wiedzieli o Saurielu jedno - był, jaki był, ale lepiej mu było za bardzo nie fikać. Bo mogło zaboleć. Posiadali tą świadomość, która dopiero powooli wpływała do świata Ollivandera. Była przypływem, nowymi doznaniami, odkrywczymi myślami. Myślami o śmierci. Świadomość tego, że spoglądał w oczy jednego z Jej posłańców nie mogła być przyjemna i nie mogła być łatwa. Zwłaszcza, kiedy do słowa przyjaciel dokładałeś magiczne słowo "nie". Więc ten nie-przyjaciel mógł zabić. Już w tamtej uliczce, kiedy zamiast "cześć!", było "zabiję cię za to, że nie jesteś martwy!". Przecież było tak blisko. Kły były tak blisko szyi.
- Nie znam ich. Ale wiem, że na to nie pozwalają. - I to było smutne. Pochmurne, smutne, przytłaczające. Z rodziną to było tak, że niby mogłeś z nimi walczyć, tylko co to za walka? Czy w ogóle miałeś szansę? Z jednej strony - hej! Walczysz o swoje życie! Twoi rodzice wcale nie wiedzą, co dla ciebie lepsze! Mogą co najwyżej podejrzewać to, kiedy jesteś dzieciakiem. Ale Fergus dawno przestał być dzieckiem. Był dorosłym mężczyznom, który już powinien mieć żonę, córkę i może syna gdzieś po drodze. Właśnie rozwija swoją karierę i uśmiecha się pięknie do klientów, no bo tak wypada. Umówmy się - Fergus nie chciał wypełniać tych oczekiwań, co WYPADA, a czego NIE WYPADA. Chciał żyć. Chciał dostać coś od życia, żeby w końcu przestać myśleć o tym, że coś jest z nim nie tak. Nie było! Z nim było wszystko w porządku. Tylko jak miał być sobą, skoro już nawet nie wiedział, kim miał być? Świat powiedział mu, kim ma się stać. To, kim sam był i chciał być rozmyło się podczas tego procesu. Nie, nie było sensu teraz brnąć w ten temat. Nie teraz, nie dziś. Może nawet nigdy? Nie ważne, ile razy będzie swoje mówił, Fergus po prostu się nie zmieni. I nie zmieni swojej rodziny. Musiało się stać coś, co całkowicie by jego życiem wstrząsnęło. Sauriel miał na to pomysły. Ale też nie miał serca tego robić. Była cienka nić między tym, czy pozwolisz na to, by ktoś cię znienawidził, a tym, że chcesz o niego zadbać. Wydaje się to aż głupie, nie? No bo: ale jak to! Ano - tak to. Niektóre decyzje, jakie trzeba były podjąć, podejmowane były dla dobra drugiej strony. Jednocześnie jednak ją raniły. I nie było złotego środka. Możesz trwać i nie robić niczego. Drażniło go to, że chciał pomóc Fergusowi, ale nigdy nie potrafił. Gdy więc ten temat powracał jak bumerang i kurwa, po tylu latach powrócił znów, nie pozostawało nic innego jak współdzielić irytację towarzysza. - Rzeźbić jednorożce? Mam nadzieję, że będą srały tęczą. - Jak to w niektórych przesądach - całkowicie nieprawdziwych. Bo w końcu jednorożce były najbardziej szlachetnymi istotami, jakie mogły stąpać po tym łez padole.
Magia krwi jest paskudna, nigdy jej nie lubiłem. No, Przyjacielu, to w takim razie jest nas dwóch. Nie miało znaczenia, jak bardzo jej nie lubiłeś, bo lubienie czy nielubienie sprowadzało się i tak do tego, że miałeś jeden wpływ na swoje jestestwo - zawsze mogłeś je zakończyć. To była jedyna wolność, jaka została ci dana w całym tym bagnie. Wydawało się, że to takie proste - zerwać z życiem. A jednak dopóki tliła się maleńka nadzieja na coś lepszego... nie, w Saurielu już jej chyba nawet nie było. Czasem jej szukał. Myślał sobie, że tam jest. Że rzeczywiście może być lepiej. A potem odkrywał, że w zasadzie to było mu to po prostu obojętne. Że cieniutka granica dzieliła go od tego, żeby wpaść w całkowity marazm i dać się pochłonąć ciemności. Coś, czego nie chciał. Koniec końców kiedy Fergus skomentował magię, to dla ciebie mógłby komentować twój byt. Bo przecież to ta paskudna magia cię napędzała. Nekromancja. Czarna, lepka magia. Żerowanie na życiu, by inne mogło trwać. Obleśne u swoich podstaw i we wszystkim, co sobą reprezentowała.
Najgorsze było to, że reakcje Fergusa wcale nie sprawiały, że łagodniałeś. Pobudzały. Strach ofiary wywoływał instynkt pogoni - tak to działało od wieki wieków u drapieżników. Tym zaś Sauriel się stał, ni mniej ni więcej. Drapieżnikiem, który polował na swoje ofiary. Niektórzy by powiedzieli - szczyt łańcucha pokarmowego. Wiesz, że lwy potrafiły odchować małe gazele? Nie dlatego, że nie miały własnych młodych. Dlatego, że naprawdę młode gazele mogły nie wykształcić instynktu samozachowawczego. Nie bały się - więc nie uciekały. Instynkt lwa wtedy też był uśpiony. Jednak instynkt Fergusa działał prawidłowo. Czarne oczy utknęły w jego szyi, błysnęły w kierunku jego palców, a potem znów wróciły do jego oczu. Tych, co się nie śmiały, chociaż z gardzieli Fergusa śmiech rozbrzmiał. Bawi cię to? Nie bawiło. To był śmiech nerwowy. Z tym, że Sauriel bardzo dobrze się kontrolował. A przynajmniej tak lubił myśleć.
- Nie winię cię. To instynkt. - Czy ze wszystkich słów znów musiał wyławiać właśnie takie? Zamiast się teraz przedrzeźniać czy kpić? - Ja też mam swoje. Nie kontrolowałem ich, więc uciąłem nasz kontakt. Ale wiesz, czemu jeszcze go uciąłem? - Jak teraz spoglądał na Fergusa i myślał o tamtych strasznych latach, w których tak kurewsko się bał i był tak kurewsko samotny, tak teraz te odcienie, przebłyski tamtych chwil i emocji wracały. Tak, były tylko cieniami - bo wspomnieniami. Ale przyszły, bo poczuł bardzo bolesny ciężar w brzuchu. I rozczarowanie. Może takie samo, jak Fergus, kiedy zobaczył go "całego" i "zdrowego" przed Wiwernem. - Bo nie wytrzymałbym wtedy widząc, że się boisz. Boisz się mnie. - I tak, nie winił go, bo rozumiał działanie isntynktu aż za dobrze. Miał szansę się o tym w końcu przekonać te ostatnie lata. Tylko co z tego? Skoro nawet pomimo tego, że był teraz dojrzalszy o doświadczenia, bardziej zniszczony i bardziej zobojętniały, to nadal bolało? Skoro bolało teraz tak mocno - nie chciał myśleć, jak zabolałoby wtedy. Właściwie - szkoda. Tak, szkoda, że jednak kontakt został ucięty. Stałoby się coś strasznego i przynajmniej miałbyś wystarczająco jaj, żeby to skończyć raz na zawsze.
Sauriel przygasł jak świeca, która zatopiła się w wosku.
- Idź już, Fergie. Nie chcę cię skrzywdzić. - Wypił na hausta, co mu postawiono przed twarzą.
- Nie znam ich. Ale wiem, że na to nie pozwalają. - I to było smutne. Pochmurne, smutne, przytłaczające. Z rodziną to było tak, że niby mogłeś z nimi walczyć, tylko co to za walka? Czy w ogóle miałeś szansę? Z jednej strony - hej! Walczysz o swoje życie! Twoi rodzice wcale nie wiedzą, co dla ciebie lepsze! Mogą co najwyżej podejrzewać to, kiedy jesteś dzieciakiem. Ale Fergus dawno przestał być dzieckiem. Był dorosłym mężczyznom, który już powinien mieć żonę, córkę i może syna gdzieś po drodze. Właśnie rozwija swoją karierę i uśmiecha się pięknie do klientów, no bo tak wypada. Umówmy się - Fergus nie chciał wypełniać tych oczekiwań, co WYPADA, a czego NIE WYPADA. Chciał żyć. Chciał dostać coś od życia, żeby w końcu przestać myśleć o tym, że coś jest z nim nie tak. Nie było! Z nim było wszystko w porządku. Tylko jak miał być sobą, skoro już nawet nie wiedział, kim miał być? Świat powiedział mu, kim ma się stać. To, kim sam był i chciał być rozmyło się podczas tego procesu. Nie, nie było sensu teraz brnąć w ten temat. Nie teraz, nie dziś. Może nawet nigdy? Nie ważne, ile razy będzie swoje mówił, Fergus po prostu się nie zmieni. I nie zmieni swojej rodziny. Musiało się stać coś, co całkowicie by jego życiem wstrząsnęło. Sauriel miał na to pomysły. Ale też nie miał serca tego robić. Była cienka nić między tym, czy pozwolisz na to, by ktoś cię znienawidził, a tym, że chcesz o niego zadbać. Wydaje się to aż głupie, nie? No bo: ale jak to! Ano - tak to. Niektóre decyzje, jakie trzeba były podjąć, podejmowane były dla dobra drugiej strony. Jednocześnie jednak ją raniły. I nie było złotego środka. Możesz trwać i nie robić niczego. Drażniło go to, że chciał pomóc Fergusowi, ale nigdy nie potrafił. Gdy więc ten temat powracał jak bumerang i kurwa, po tylu latach powrócił znów, nie pozostawało nic innego jak współdzielić irytację towarzysza. - Rzeźbić jednorożce? Mam nadzieję, że będą srały tęczą. - Jak to w niektórych przesądach - całkowicie nieprawdziwych. Bo w końcu jednorożce były najbardziej szlachetnymi istotami, jakie mogły stąpać po tym łez padole.
Magia krwi jest paskudna, nigdy jej nie lubiłem. No, Przyjacielu, to w takim razie jest nas dwóch. Nie miało znaczenia, jak bardzo jej nie lubiłeś, bo lubienie czy nielubienie sprowadzało się i tak do tego, że miałeś jeden wpływ na swoje jestestwo - zawsze mogłeś je zakończyć. To była jedyna wolność, jaka została ci dana w całym tym bagnie. Wydawało się, że to takie proste - zerwać z życiem. A jednak dopóki tliła się maleńka nadzieja na coś lepszego... nie, w Saurielu już jej chyba nawet nie było. Czasem jej szukał. Myślał sobie, że tam jest. Że rzeczywiście może być lepiej. A potem odkrywał, że w zasadzie to było mu to po prostu obojętne. Że cieniutka granica dzieliła go od tego, żeby wpaść w całkowity marazm i dać się pochłonąć ciemności. Coś, czego nie chciał. Koniec końców kiedy Fergus skomentował magię, to dla ciebie mógłby komentować twój byt. Bo przecież to ta paskudna magia cię napędzała. Nekromancja. Czarna, lepka magia. Żerowanie na życiu, by inne mogło trwać. Obleśne u swoich podstaw i we wszystkim, co sobą reprezentowała.
Najgorsze było to, że reakcje Fergusa wcale nie sprawiały, że łagodniałeś. Pobudzały. Strach ofiary wywoływał instynkt pogoni - tak to działało od wieki wieków u drapieżników. Tym zaś Sauriel się stał, ni mniej ni więcej. Drapieżnikiem, który polował na swoje ofiary. Niektórzy by powiedzieli - szczyt łańcucha pokarmowego. Wiesz, że lwy potrafiły odchować małe gazele? Nie dlatego, że nie miały własnych młodych. Dlatego, że naprawdę młode gazele mogły nie wykształcić instynktu samozachowawczego. Nie bały się - więc nie uciekały. Instynkt lwa wtedy też był uśpiony. Jednak instynkt Fergusa działał prawidłowo. Czarne oczy utknęły w jego szyi, błysnęły w kierunku jego palców, a potem znów wróciły do jego oczu. Tych, co się nie śmiały, chociaż z gardzieli Fergusa śmiech rozbrzmiał. Bawi cię to? Nie bawiło. To był śmiech nerwowy. Z tym, że Sauriel bardzo dobrze się kontrolował. A przynajmniej tak lubił myśleć.
- Nie winię cię. To instynkt. - Czy ze wszystkich słów znów musiał wyławiać właśnie takie? Zamiast się teraz przedrzeźniać czy kpić? - Ja też mam swoje. Nie kontrolowałem ich, więc uciąłem nasz kontakt. Ale wiesz, czemu jeszcze go uciąłem? - Jak teraz spoglądał na Fergusa i myślał o tamtych strasznych latach, w których tak kurewsko się bał i był tak kurewsko samotny, tak teraz te odcienie, przebłyski tamtych chwil i emocji wracały. Tak, były tylko cieniami - bo wspomnieniami. Ale przyszły, bo poczuł bardzo bolesny ciężar w brzuchu. I rozczarowanie. Może takie samo, jak Fergus, kiedy zobaczył go "całego" i "zdrowego" przed Wiwernem. - Bo nie wytrzymałbym wtedy widząc, że się boisz. Boisz się mnie. - I tak, nie winił go, bo rozumiał działanie isntynktu aż za dobrze. Miał szansę się o tym w końcu przekonać te ostatnie lata. Tylko co z tego? Skoro nawet pomimo tego, że był teraz dojrzalszy o doświadczenia, bardziej zniszczony i bardziej zobojętniały, to nadal bolało? Skoro bolało teraz tak mocno - nie chciał myśleć, jak zabolałoby wtedy. Właściwie - szkoda. Tak, szkoda, że jednak kontakt został ucięty. Stałoby się coś strasznego i przynajmniej miałbyś wystarczająco jaj, żeby to skończyć raz na zawsze.
Sauriel przygasł jak świeca, która zatopiła się w wosku.
- Idź już, Fergie. Nie chcę cię skrzywdzić. - Wypił na hausta, co mu postawiono przed twarzą.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.