Przez tych kilka lat, które minęły od momentu śmierci ojca, nie był w stanie wprowadzić choćby niewielkich zmian w kamienicy, która obecnie stanowiła jego własność. Wszystko wyglądało w dalszym ciągu dokładnie w ten sam sposób, co w czasach kiedy Francis swoją żelazną ręką rządził wszystkim i wszystkimi. Czasami wręcz miało się wrażenie, że za chwilę ojciec pojawi się w jednym z pomieszczeń. Praktycznie w każdym kącie, wyczuwało się jego obecność. Co za tym idzie - w przypadku mieszkania należącego do Roberta nic nie wyglądało tak, jakby sam tego chciał. Oczekiwał? Zupełnie nic nie zostało dostosowane pod jego własne potrzeby. Aczkolwiek wcale o tym teraz nie myślał. Nie był to jeden z tych momentów, kiedy tego rodzaju sprawom poświęcał choćby odrobinę swojej uwagi. Nie była to odpowiednia chwila, ani tym bardziej miejsce.
- Rozumiem. - reaguje na jej słowa. Nie traci jednak czasu na to, żeby wypytać Vere o to, co by tutaj zmieniła. Usprawniła. Poprawiła. Bo tak po prawdzie, to go zwyczajnie nie interesuje. Pozbawione jest większego znaczenia. Gdyby rozmowa potoczyła się jakimś cudem w tym kierunku, zapewne wynikałoby to z braku innych tematów. Potrzeby załatania czymś tej niespodziewanej, nagle odkrytej dziury.
Obserwuje cały proces zaparzania herbaty. Opierając się o jedną z kuchennych szafek, patrzy jak rozlewa napój pomiędzy dwie filiżanki. Nie wydaje się, aby miało dla niego znaczenie to, że całe spotkanie odbywa się w kuchni. Albo po prostu robi dobrą minę do złej gry? Wszak we własnym domu, te pomieszczenie jest jednym z tych, którego odwiedzać zwyczajnie nie zwykł. Tam urzędowały skrzaty domowe. Tam niekiedy zaglądała córka.
Zajmuje mu chwilę, żeby udzielić odpowiedzi na zwyczajne i zarazem niezwyczajne pytanie. Zwyczajne z tego względu, że stanowiło normę. Ludzie zadawali je sobie nawzajem stosunkowo często. Niezwyczajne natomiast dlatego, że Robert do tego typu rozmów nie był przyzwyczajony. Przez te wszystkie lata w mniejszym lub większym stopniu odgradzał się od ludzi. Starał się zachowywać odpowiedni dystans. Dystans bezpieczny. To zaś niewątpliwie doprowadziło do pewnej niezręczności towarzyskiej, którą dało się zauważyć w takich właśnie momentach. Chwilach.
- Zbyt wolno. - odpowiada, nie zdradzając tym samym wielu szczegółów. Mówiąc zarazem sporo na temat własnych odczuć. Bo skoro zbyt wolno, to zapewne na spotkanie czekał. Najpewniej czas mu się dłużył. Prawdopodobnie musiał wypatrywać tego momentu, kiedy będzie mógł się tutaj, u Very, pojawić. - Aczkolwiek nie mam większych powodów do narzekań. - dodaje po nieco zbyt długiej chwili. Jakby po namyśleniu się. Po dojściu do wniosku, że być może warto byłoby dodać coś więcej. Kilka kolejnych słów. Niekoniecznie natomiast zdań.