Tak naprawdę to oczekiwał od tego wesela przyjemnej odskoczni od przykrej rzeczywistości, która w te dwa ostatnie tygodnie pomięła go jak nieudany list. Ot pretekst do spotkania się z kuzynami i kuzynkami, paroma przyjaciółmi. Przy okazji spojrzeć w te śmierciożercze pyski, bo w jego oczach obdarci byli już z masek i łacińskich pseudonimów. I pod tym względem, w jego perspektywie rodził się mały konflikt, bo tak jak mocno kibicował swojemu bratu po czarnej krwi Perseuszowi, to nie był zbyt uradowany umacnianiem się pozycji Rookwoodów. Pieprzeni Medyceusze pośród mrocznych sług. Chociaż nie miał osobistego zatargu żadnym z nich, to od początku uważał, że Lord Voldemort niesłusznie wybrał sobie ich rezydencję na swoją siedzibę. Jednak nie musiał uporczywie na nich narzekać, zwłaszcza po upadku Chestera Rookwooda.
Jako ten bez własnej rodziny, na teren posiadłości w której odbywało się wesele wkroczył w towarzystwie swoich rodziców Anthonego i Cassanrdy. Przynajmniej dzięki temu ominął wielu życzliwych i nieszczerych przywitań ze swoim szwagrem i innymi łajzami z najbliższej rodziny. Potem zdążył tylko osobiście pogratulować Perseuszowi i Vesperze z należytym szacunkiem, bo przecież zaraz obok stała Walburga, a kilka kroków obok pewnie i pozostali inni ważni nestorzy szlachetnych rodów. Dlatego z ledwością połknął śmiech, kiedy usłyszał jak Sauriel składał swoje najbardziej oględne gratulacje w swoim życiu. Niby powinien się tym poczuć urażony jako członek rodziny, ale odkąd czarny kocur nie wysypał Loretty po ataku na Baltane, nie był już wobec niego taki cięty jak zwykle. Pewnie Walburga nie śmiała się tak jak on, bo blady skurczybyk potrafił wystrzelić jak z haubicy. Zaraz potem został poinformowany przez ojca, że zdarzyła się jakaś kraksa w magazynie z winem. Papa Lestrange bardzo się postarał sprowadzając prosto z dawnych rodowych winnic najszlachetniejsze gatunki, a wiadomo że wino było dla Lestrangów istnym dziedzictwem kulturowym. Podarki od rodziny Lestrange dla młodej pary, miały wymieszać się z tymi od Shafiq przez nieuwagę obsługi wesela. Przez to zniknął na długi czas i ominęły go najlepsze jak dotąd atrakcje, kiedy Atreus w końcu stał się uroczy i całkiem do zniesienia. Kiedy uporał się w końcu z partaczami od wina, wrócił wreszcie na imprezę by w końcu się rozluźnić i pośmiać z kimś kogo naprawdę lubił. Ależ kurwa niedoczekanie.
Był już bez marynarki, a od dyrygowania pracownikami zaplecza, rozmyły się zaklęcia transmutacji maskujące jego tatuaże. Nie to, że się wstydził, ale matka prosiła, żeby nie kłuć nimi w oczy nestorów. Na ten moment jednak miał już wszystko w tyłku i po prostu chciał się napić tych specjalnych drinków i potańczyć z pięknymi paniami. Dziarskim krokiem maszerując w stronę stołów, by nadrobić zaprawę w gardle, natknął się jednak na starszą siostrę. Odrazu zmarszczył brwi, bo wyglądała na mocno zaniepokojoną. Czy ten ruski krzywonos zdążył już wyprowadzić z równowagi biedną Annaleigh? Oby nie, bo naprawdę był to zły dzień na wyprowadzanie z równowagi Louvaina. - Co się stało? Ktoś Ci coś zrobił? - wyrzucił półszeptem, z zaniepokojoną miną. Podchodząc bliżej w stronę siostry, złapał ją za ręce, chcąc ją jakoś uspokoić. Jeszcze nie wiedział, że nie o tego skurwiela chodziło, bo ani przez myśl mu nie przyszło, że Alexander może gdzieś tu krążyć. Bo niby po co? Co on miał tutaj niby robić? A Vakelowi zbierało się już od jakiegoś czasu na glanowanie, przydałoby się w końcu rozładować to napięcie. A o jedynym ślubie jakim wiedział to ten z dzisiaj, z Lorettą nie rozmawiał już od jakiegoś czasu. Nie miał zamiaru po tym jak przyprowadziła tamtą ćpuńską boheme na widowisko z pojedynkiem.