Cameron nie musiał się martwić tym, że Ruda zainteresuje się kimś innym. To on został przez nią wybrany, teraz już tak całkowicie i nie liczył się nikt więcej. Co tu dużo mówić, naprawdę zaimponował jej tym, jak po nieszczęsnym Beltane interesował się jej osobą, nikt nie poświęcił jej tyle uwagi. Zbliżyli się do siebie bardzo, mimo, że już wcześniej wiele ich łączyło, tyle, że teraz tkwiła w tym tylko ich dwójka, co raczej jej się podobało, niżeli przeszkadzało. Nie potrzebowała już niczego więcej do szczęścia, wystarczała tylko świadomość, że ma jego. Kto by się spodziewał, że w tak młodym wieku będzie pewna swoich i uczuć i tego, że to właśnie z nim chciałaby spędzić całe swoje życie. Na pewno nie ona, jeszcze kilka miesięcy temu. To Beltane wiele zmieniło. Słyszała o tym, że wiele par się poróżniło przez ten rytuał, w ich przypadku było zupełnie inaczej, mimo przeciwności losu. Dotarło do niej, że czegoś jej brakuje i tą brakującą częścią jej życia była właśnie obecność w nim Camerona tak na stałe.
- Muszę przyznać się do tego, że nie umiem nawet kolorować, wychodzę za linie, chociaż ktoś to może uznać za artyzm, bogacze potrafią zapłacić spore pieniądze za byle gówno, wystarczy, że ktoś je odpowiednio zareklamuje. - Jej matka czasem kupowała takie pierdoły, że łapała się za głowę, jednak nie szło jej przemówić do rozsądku. - Mają, bo Lizzy nie zna umiaru, lubi kupować takie rzeczy, chociaż w sumie nie widzę w tym żadnego sensu. - Cóż, panna Wood nie specjalnie interesowała się sztuką i raczej nią gardziła.
- Nie widzę nigdzie goblina, może zmienili operatora loterii, wiesz, gobliny są wątpliwe, może ktoś poszedł po rozum do głowy. - Miała co do loterii nieco więcej entuzjazmu niżeli Lupin, ale ona lubiła te drobne ryzyko, niespodziankę wynikającą z ślepego losu.
Zgarnęła swoje fanty, które okazały się być nie najgorsze, nawet uśmiechnęła się pod nosem, gdy zobaczyła pelerynę i magiczne trzewiki, na pewno będzie można te rzeczy wykorzystać do czegoś głupiego. Później obserwowała Camerona, który kręcił kołem, w sumie też trafiły mu się niezłe losy, na pewno lepsze niż te puste na Ostarze. - I jak, zadowolony? - Zapytała go jeszcze ciekawa, czy faktycznie było tak źle, jak się zapowiadało.
Już mieli iść pod scenę, gdy zaczęło się to całe zamieszanie. Nie do końca wiedziała, co dokładnie się wydarzyło, ludzie jednak zaczęli się przepychać, wtedy zacisnęła mocniej rękę na różdżce. Czyżby śmierciożercy ponownie postanowili uderzyć w sabat? Spojrzała na Camerona, mógł dostrzec w jej oczach panikę, bo ostatnio to wszystko nie zakończyło się dobrze, do tego zgubili w tłumie gdzieś Brennę i inne znajome osoby, bała się, że Lupinowi może stać się krzywda, przyciągnęła więc go do siebie, by znajdował się tuż obok niej. Nie chciała go zgubić w tym tłumie. - Czy ktoś potrzebuje pomocy? - Krzyknęła głośno, w końcu była brygadzistką, może dzisiaj nie na służbie, ale jedna poczuwała się do pewnej odpowiedzialności związanej z zawodem, jaki wykonywała.