Wiele rzeczy zostało zrobionych na raz – Leonard odebrał jej zapłatę, Charles odsprzedał kilka z tych jakże fikuśnych świeczek, nim Atreus zdążył upomnieć się o całą skrzynkę… Victoria szybkim ruchem wcisnęła je do torebki, zdążyła usłyszeć słowa Florence…
– Chciał zobaczyć występ cyrku. Mam się z nim potem zobaczyć – zdołała powiedzieć do Florence i to było ostatnie przed całkowitym młynem. Robert Mulciber chyba właśnie miał zawał, drugi Robert Mulciber coś krzyczał, jakaś rudowłosa dziewczyna krzyczała, wielki byk z BUMu coś krzyczał. Wszyscy coś krzyczeli.
Zamieszanie nagle zrobiło się ogromne, trudne do ogarnięcia Victorii, a co dopiero dla niebieskiego kota, który wyglądał z koszyka… To był moment. Victoria zobaczyła tylko krótki ruch i niebieski futrzak już mknął pomiędzy nogami ludzi. Dla niej decyzja była prosta – walić tych wszystkich ludzi, najważniejszy dla niej był teraz jej kot, bez słowa pożegnania rzuciła się więc do biegu, krzycząc jeszcze tylko:
– Kwiatuszku! Poczekaj!
Z torebką na ramieniu i koszykiem w dłoni przeciskała się pomiędzy ludźmi, pewnie niejedną osobę traktując niechcący z bara, ale bardzo martwiła się o małego kota, który mógł przecież zostać stratowany przez ludzi! Serce to miała ze strachu gdzieś na poziomie żołądka, waliło jej jak szalone. Aż musiała się zatrzymać, gdzieś, gdzie było mniej ludzi, ale nigdzie nie widziała kota.
– KWIATUSZEK! – krzyknęła, całkowicie przerażona, że się zgubił, a przecież dopiero co się spotkali, miała być dla niego bezpiecznym domem i rodziną. Obróciła się w lewo, w prawo… I dostrzegła błękitny ruch – puściła się tamtejszym zaułkiem i za chwilę hamowała gwałtownie.
Czarna postać kucała, trzymając w ramionach kiciusia, a jakaś blond paniusia głaskała niebieskie futro…
– Kwiatuszek! – powiedziała z większym przekonaniem, gdy już się do nich zbliżyła i kot zaczął się wyrywać z rąk Sauriela… Wtedy go poznała. – Sauriel? – zapytała się głupkowato i odetchnęła, ciągle zmęczona po tym szaleńczym biegu.
No tak, Sauriel. Sauriel i jakaś blondynusia u jego boku. Oczywiście, że blondynka, dlaczego miałoby być inaczej? Coś chyba jeszcze mocniej ścisnęło jej żołądek. Jeśli kiedykolwiek Victoria miała się poczuć mniej pewnie, to właśnie teraz. I jednocześnie bardziej miała ochotę wejść w defensywę.
– Mogę? To mój kot – powiedziała cicho, jej głos jak zwykle cichy i spokojny, chociaż chyba nosił teraz w sobie ostrzegawcze nuty. Mówiła o kocie… dopiero kiedy to powiedziała zrozumiała, że można to było odczytać dwojako.