31.12.2022, 00:26 ✶
Trochę się przespał, ale musiał wstać rano bo ma obowiązki. Niektórzy mówią że nie można chlać jak ma się pracę, ale to nieprawda, można tylko trzeba wstać rano, na tym polega odpowiedzialność. Właśnie tak mówił sobie po pobudce, ale kolejne godziny poddały jego podejście, dość mocnej próbie
Dzisiejszą zmianę opisać można było jednym słowem — tragiczna. Czas dłużył się niemiłosiernie, zlecenia, które aktualnie mieli były nad wyraz nudne i powtarzalne. Wypolerować, lekko odnowić, wyklepać, dodać jakieś nowe zdobienia. Po prostu, kurwa, dramat. Nie było dosłownie niczego, co potrafiłoby wyrwać go z marazmu, w którym coraz bardziej się zatapiał. Sytuacja była na tyle tragiczna, że pomimo wielu starań (kawy, szczypania się, podpierania powiek zapałkami) zapadł w nieplanową drzemkę. Przyjemność ta nie trwała jednak długo, brutalnie przerwana przez celny cios w jego głowę wyprowadzony przez brata. Przy życiu trzymało go tylko jedno. Piwo, które miał zamiar wypić, gdy tylko dotrze do Kotła. Bo tak, pomimo solidnego kaca nie miał zamiaru się ograniczać. Był młody, silny i mógł wytrzymać dużo więcej. No i przede wszystkim nie był najlepszy w myślenie skutkowo-przyczynowe. Niektórzy mogliby na to narzekać, ale nie Billy. W końcu człowiek uczy się na błędach, a on chciał być jak najlepszy.
Gdy w końcu dotarł na miejsce, wyciągnął ręce przed siebie, z szerokim uśmiechem wdychając zaduch i woń tego miejsca. Tak, zdecydowanie kochał to miejsce. Zapach dymu papierosowego przemieszanego z wonią przeróżnych alkoholów doskonale łączył się z klientelą, która nie zawsze należeli do czyściochów. Zdecydowanie jednak nie było tak źle, Fletcher znał miejsca, które odwiedzali znacznie gorzej usytuowani ludzie.
Zmierzając w stronę baru, pomachał kilku stałym bywalcom, których w tym momencie znał prawie tak dobrze jak własną rodzinę. Dla niektórych mogłyby to być oznaki alkoholizmu i uzależniania. Billy natomiast był z tego cholernie dumny.
Zamówiwszy solidniejsze piwo, rozejrzał się po zebranych, szukając kogoś, kto wyglądał na tyle interesująco, żeby do niego dosiąść. Znalazł dość szybko. Nagle odpalony papieros zwrócił jego uwagę na dość ładną dziewczynę i to w sumie mu starczyło.
Poprawił włosy, sprawdziły jakość oddechu, po czym dosiadł się, posyłając przy tym szeroki, przyjazny uśmiech.
— Mylę się, czy jesteś tutaj nowa? Uważaj na Charliego, lubi zaglądać do cudzych kieszeni, gdy ci akurat nie patrzą — rzucił, wskazując przy tym palcem na staruszka siedzącego w kącie baru. — Nie daj się zmylić jego niewinnemu, dziadkowatemu wyglądowi. W celi spędził pewnie z połowę życia. Co do mnie, jestem Billy. Billy Fletcher, miło mi Cię poznać! — zaczął, chcąc złamać pierwsze lody. Gdyby tylko wiedział, że ma do czynienia z aurorem, zapewne nigdy by o tym nie mówił, a tak to cóż. Dał się zmylić ładnej buzi. Co więcej, nie żałował tego, mając nadzieję, że zwrócił jej uwagę.
Dzisiejszą zmianę opisać można było jednym słowem — tragiczna. Czas dłużył się niemiłosiernie, zlecenia, które aktualnie mieli były nad wyraz nudne i powtarzalne. Wypolerować, lekko odnowić, wyklepać, dodać jakieś nowe zdobienia. Po prostu, kurwa, dramat. Nie było dosłownie niczego, co potrafiłoby wyrwać go z marazmu, w którym coraz bardziej się zatapiał. Sytuacja była na tyle tragiczna, że pomimo wielu starań (kawy, szczypania się, podpierania powiek zapałkami) zapadł w nieplanową drzemkę. Przyjemność ta nie trwała jednak długo, brutalnie przerwana przez celny cios w jego głowę wyprowadzony przez brata. Przy życiu trzymało go tylko jedno. Piwo, które miał zamiar wypić, gdy tylko dotrze do Kotła. Bo tak, pomimo solidnego kaca nie miał zamiaru się ograniczać. Był młody, silny i mógł wytrzymać dużo więcej. No i przede wszystkim nie był najlepszy w myślenie skutkowo-przyczynowe. Niektórzy mogliby na to narzekać, ale nie Billy. W końcu człowiek uczy się na błędach, a on chciał być jak najlepszy.
Gdy w końcu dotarł na miejsce, wyciągnął ręce przed siebie, z szerokim uśmiechem wdychając zaduch i woń tego miejsca. Tak, zdecydowanie kochał to miejsce. Zapach dymu papierosowego przemieszanego z wonią przeróżnych alkoholów doskonale łączył się z klientelą, która nie zawsze należeli do czyściochów. Zdecydowanie jednak nie było tak źle, Fletcher znał miejsca, które odwiedzali znacznie gorzej usytuowani ludzie.
Zmierzając w stronę baru, pomachał kilku stałym bywalcom, których w tym momencie znał prawie tak dobrze jak własną rodzinę. Dla niektórych mogłyby to być oznaki alkoholizmu i uzależniania. Billy natomiast był z tego cholernie dumny.
Zamówiwszy solidniejsze piwo, rozejrzał się po zebranych, szukając kogoś, kto wyglądał na tyle interesująco, żeby do niego dosiąść. Znalazł dość szybko. Nagle odpalony papieros zwrócił jego uwagę na dość ładną dziewczynę i to w sumie mu starczyło.
Poprawił włosy, sprawdziły jakość oddechu, po czym dosiadł się, posyłając przy tym szeroki, przyjazny uśmiech.
— Mylę się, czy jesteś tutaj nowa? Uważaj na Charliego, lubi zaglądać do cudzych kieszeni, gdy ci akurat nie patrzą — rzucił, wskazując przy tym palcem na staruszka siedzącego w kącie baru. — Nie daj się zmylić jego niewinnemu, dziadkowatemu wyglądowi. W celi spędził pewnie z połowę życia. Co do mnie, jestem Billy. Billy Fletcher, miło mi Cię poznać! — zaczął, chcąc złamać pierwsze lody. Gdyby tylko wiedział, że ma do czynienia z aurorem, zapewne nigdy by o tym nie mówił, a tak to cóż. Dał się zmylić ładnej buzi. Co więcej, nie żałował tego, mając nadzieję, że zwrócił jej uwagę.