03.06.2024, 23:06 ✶
Taniec z Millie
Rozpraszała go jej sukienka. Budziła w nim paranoiczne wrażenie, że wszyscy będą patrzeć: na nią, a więc i na niego. Nie chciał spojrzeń — tych ukradkowych i nie — nie przywykł do nich, nie lubił ich. Mógł być wprowadzony na to wesele w pełni legalnie, w przeciwieństwie do drugiego asystenta Dolohova, ale czuł się na nim bardziej jak intruz niż ten, który użył podstępu. A teraz, wyszedłszy z cienia bogatej czystokrwistej gromady, z którą tu przybył, był wystawiony. Millie Moody stanowiła zaś reflektor akcentujący bezlitośnie jego obecność.
Wiedział, że to przewrażliwienie, powtarzał sobie jak mantrę, że to złudzenie, ale dyskomfort się nie cofał.
Dał się jednak porwać kuzynce mimo niemu i taniec ten wyszedł nawet niezgorzej.
Peregrin nie odznaczał się co prawda finezją, jaką prezentowali tu niektórzy, a prostotą. Znał kilka podstawowych kroków, wiedział, gdzie ułożyć rękę — ot, to wszystko. To, co potrafił, potrafił jednak biegle; prowadził z pewnością kogoś, kto nieźle czuje takt, a ten skromny prosty krok dopełnia całości, pomagając mu nie zaplątać nóg.
A było to realne niebezpieczeństwo, w końcu Peregrinus Trelawney nie tańczył, chyba że koniecznie musiał. Za doświadczenie miał bale jeszcze za Hogwartu i wesela krewnych, na których ciotunie wyrywały młodego przystojnego kawalera na parkiet. Peregrinusie, jak ty wyrosłeś.
Wyrosłeś i zwiędłeś tak szybko.
Można by pomyśleć, że Millie zwiędła wraz z nim, lecz tego wieczora sunęła przed nim nie kuzynka, którą znał, a bajeczna istota wykradziona czyimś sennym marzeniom. Nie mógł doszukać się w tym kamuflażu kobiety, którą zostawił za sobą w szpitalu. Cieszyło go to z jednej, kłopotało z drugiej, bo woal zarumienionego, żywego uroku, którym się otuliła, kontrastował ze wspomnieniem tej realnej Millie Moody. Uświadamiał obrazowo, jak mogła rozkwitnąć w innych okolicznościach, w innym świecie.
— Wyglądasz jak nie ty. — Mimo natłoku dźwięków, tych muzyki i tych gości, które zachęcały do podniesienia głosu, starał się mówić możliwie cicho. — Czarująco. Całkiem dosłownie. Skąd ten wybór sukienki? — Raz jeszcze zmierzył spojrzeniem jej kreację, odchylając się lekko.
Rozpraszała go jej sukienka. Budziła w nim paranoiczne wrażenie, że wszyscy będą patrzeć: na nią, a więc i na niego. Nie chciał spojrzeń — tych ukradkowych i nie — nie przywykł do nich, nie lubił ich. Mógł być wprowadzony na to wesele w pełni legalnie, w przeciwieństwie do drugiego asystenta Dolohova, ale czuł się na nim bardziej jak intruz niż ten, który użył podstępu. A teraz, wyszedłszy z cienia bogatej czystokrwistej gromady, z którą tu przybył, był wystawiony. Millie Moody stanowiła zaś reflektor akcentujący bezlitośnie jego obecność.
Wiedział, że to przewrażliwienie, powtarzał sobie jak mantrę, że to złudzenie, ale dyskomfort się nie cofał.
Dał się jednak porwać kuzynce mimo niemu i taniec ten wyszedł nawet niezgorzej.
Peregrin nie odznaczał się co prawda finezją, jaką prezentowali tu niektórzy, a prostotą. Znał kilka podstawowych kroków, wiedział, gdzie ułożyć rękę — ot, to wszystko. To, co potrafił, potrafił jednak biegle; prowadził z pewnością kogoś, kto nieźle czuje takt, a ten skromny prosty krok dopełnia całości, pomagając mu nie zaplątać nóg.
A było to realne niebezpieczeństwo, w końcu Peregrinus Trelawney nie tańczył, chyba że koniecznie musiał. Za doświadczenie miał bale jeszcze za Hogwartu i wesela krewnych, na których ciotunie wyrywały młodego przystojnego kawalera na parkiet. Peregrinusie, jak ty wyrosłeś.
Wyrosłeś i zwiędłeś tak szybko.
Można by pomyśleć, że Millie zwiędła wraz z nim, lecz tego wieczora sunęła przed nim nie kuzynka, którą znał, a bajeczna istota wykradziona czyimś sennym marzeniom. Nie mógł doszukać się w tym kamuflażu kobiety, którą zostawił za sobą w szpitalu. Cieszyło go to z jednej, kłopotało z drugiej, bo woal zarumienionego, żywego uroku, którym się otuliła, kontrastował ze wspomnieniem tej realnej Millie Moody. Uświadamiał obrazowo, jak mogła rozkwitnąć w innych okolicznościach, w innym świecie.
— Wyglądasz jak nie ty. — Mimo natłoku dźwięków, tych muzyki i tych gości, które zachęcały do podniesienia głosu, starał się mówić możliwie cicho. — Czarująco. Całkiem dosłownie. Skąd ten wybór sukienki? — Raz jeszcze zmierzył spojrzeniem jej kreację, odchylając się lekko.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie