Sauriel się napiął przy boku swojego przyjaciela, jakby to on miał tu zaraz uderzać. To, jaką nieszczęśliwą minę miał przy tym typiarz siedzący na krzesełku nie miało znaczenia. No zgoda, trochę miało! Przecież powinien im dziękować, że jest workiem treningowym tak znamienitej osobistości jak Staszek Mulciber! No ale nic, był tak przejęty swoim uczniem, żeby w końcu zmienić mu kolor pasa (na jaki kurwa nie pamiętam, więc przejdziemy od razu do czarnego) i żeby stał się prawdziwym wojownikiem. To się uda, będą jak prawdziwi bliźniacy odlani z tego samego żelaza (?), będą przypierdalać tak teraz każdemu głupiemu! Stanley w końcu pokazywał się z najlepszej strony, taki męski, spocony, prężący się tutaj, skaczący prawie na nogach. Właśnie, nogi!
- Pamiętaj - liczy się praca nóg. - W zasadzie to nie? Tak? Coś takiego napierdalali ziomki na dzielnicy, którzy machali rękami jakby byli na ringu, no to może to właśnie o to chodziło? I tej też porady potrzebował Stanley, żeby osiągnąć mistrzostwo? Kiedyś na pewno się to ananaskowi przyda i jeszcze zszokuje świat, podbijając go różdżką i pięścią (albo wybijając sobie kciuka przy złym trzymaniu palców). Jeśli ktoś miał w niego wierzyć, to był to właśnie Sauriel, który zaangażował się sto pro w projekt "Stanley Ogniste Pięści Przyczajony Tygrys Ukryty Smok". Nie wpadł jeszcze na pomysł, jak skrócić nazwę tego projektu w swojej głowie.
- A nogą niszczysz dobytek rodoy. - Spojrzał na krocze mężczyzny, który teraz zaciskał swoje nogi, jakby chociaż to jedno chciał oszczędzić. I po co? Przecież i tak zdechnie, to co mu już za różnica gdzie zostanie obity? Whatever, nie tym się teraz mieli zajmować, Sauriel chciał się upewnić, że ta mantra będzie pełna, a lekcja w pełni wykorzystana. Lewa, prawa, noga... - Łokieć pięta nie ma klienta, bang! - Robił ciosy razem ze Stanleyem. - I powtórka, dobrzee! - I drugi cios i kop, NAAAJS~! Mają to, jak chuj to mają! Znaczy chuja mieli, ale w spodniach i Sauriel nie chciał go wyciągać, sytuacja nie była aż tak dramatyczna, żeby tego wymagać. Ale Stanley to łapał! - Tak jest, dobrze! Ooogień! - Zajebiście mu szło, co prawda była z niego totalna lebioda ruchowa, ale Sauriel by mu przecież tego nie powiedział. W tym momencie wyglądał jak prawdziwy wojak północy, czy tam innego wschodu. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Sięgnął Stanleyowi do twarzy i otarł mu czoło jakąś szmatą leżącą obok. Tylko, kurwa, brakowało mu butelki z wodą, bo pewnie się zmachał biedaczyna! Ech, ci ludzie... nic tylko się muszą nawadniać. Ale to nic, potem nadrobią whiskey, a jak wiadomo - to najzdrowsze nawodnienie, na jakie było ich stać.
- WOOOW! - Aż klasnął - ale teraz to ze zdziwienia, zachwytu i... aż zaniemówił! Pierwszy cios prawie znokautował klienta! Dokładnie tak, jak mówił! No prawie, bo nie było ani łokcia, ani pięty... ale to nie ważne! Był czysty cios prosto w jego gębę, aż usłyszał trzask kosteczki w nosku i poszła krew. Saurielowi się aż oczka zaświeciły i podjarany zrobił krok ku ich więźniowi koledze, przybliżając się niepokojąco blisko do jego ryjca, żeby ocenić szkody. To znaczy... jego szkody. Bo dla Sauriela to były same zyski! - Kuurwa. - Pokiwał z głową podziwem, obrócił się do Stanleya i położył mu z dumą ręce na ramionach. - Wzruszyłem się. - Powiedział ze śmiertelną powagą, patrząc z tym podziwem i uznaniem w twarz swojego najlepszego przyjaciela.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.