03.06.2024, 23:40 ✶
– A komu chcesz mnie przedstawic? – spytał z uniesioną brwią, coś czując, że niestety nie była to już kwestia tego, czy będzie musiał się szykować na to skandynawskie zimno, a kiedy. – Może kiedyś Doro. Na razie mam sporo na głowie – powiedział ugodowo, mając nadzieję, że karta Jestem uzdrowicielem, mam dużo poważnej pracy i tak dalej, proszę nie ciągnij mnie do krainy wiecznego mrozu zadziała przynajmniej na jakiś czas. W odpowiedzi na trącenie go łokciem, sam trącił ją łokciem. – Daj mi załatwić najpierw kilka spraw, zanim każesz mi zamarznąć na śmierć przy tym podziwianiu norweskiej przyrody, dobrze?
Uśmiechnął się na tę propozycję.
– Dobrze, chociaż wątpię, byś tak naprawdę potrzebowała pomocy – powiedział rozbawiony. Chyba można by śmiało powiedzieć, że oboje radzili sobie dość dobrze w tego typu sprawach. W końcu udało im sję wymknąć z bankietu.
Słysząc niespodziewany dźwięk już wymyślał wymówkę, czemu oboje się tutaj znaleźli, ale na całe szczęście był to tylko konie.
– A on się daje tak nakręcać? – Pokręcił głową z udawaną rezygnacja. – Czyli z jednej strony ma nastawiająca go przeciwko nam Marę, a z drugiej Tahirę, która robi to samo tylko pewnie jeszcze bardziej. Muszę naprawdę go przeprosić, bo inaczej zaraz złoży mi oficjalne wypowiedzenie.
Eh... Abrakasany. Niby błogosławieństwo i wielki skarb rodu, ale jednak i, kochane, przekleństwo.
Ta... Pracoholizm. Z jakiegoś powodu ostatnio był dość często o to oskarżany. Oczywiście oficjalnie wszystkiemu zaprzeczał.
– Myślę, że i tak radzimy sobie całkiem dobrze – powiedział, profilaktycznie nie chcąc za bardzo ciągnąć tego tematu. Bo hej, może i nie miał czasu, by odwiedzić swojego abrakasana i może nie zawsze wysypiał się na tyle ile powinien, ale chyba jednak miał jakieś życie... Życie które kręciło się głównie w okół pracy. – Właśnie. A jeśli chodzi o bycie dorosłymi. Które z nas udaje, że mdleje dla odwrócenia uwagi, gdy ktoś tu wyjdzie?
Oboje z Pandora posiadali w tej sytuacji taką przewagę, że mieli całkiem dobre powody do mdlenia, nawet jeśli on musiałby się nieco bardziej postarać, niż jego kuzynka. Wątpiłby jednak, że ktoś z rodziny byłby zaskoczony tym, gdyby wszedł tutaj t zobaczył, jak Basilius osuwa się na podłogę. W końcu jego matka od zawsze psuła mu wszystkie zabawy, krzycząc by na niego uważano, bo przecież może zasłabnąć.
Przewrócił oczami.
– Tak wiem, spytałem się tylko...– Tak po prostu. Pokręcił głową. – Zresztą nie ważne. Wiesz myślę, że jeśli chcesz to możemy pilnować siebie nawzajem, by je odwiedzać – zasugerował, widząc że jednak trochę ją to gryzło. Zresztą nie, że on sam nie czuł się winny. Nie miał przecież abrakasana tylko po to, by o nim od czasu do czasu komuś opowiadać. Powinien częściej go odwiedzać.
– To wszystko zależy, czy Sylvaine będzie mógł być skojarzony ze swoją partnerką, czy też nie – stwierdził. Był prawie pewny, że kiedyś, gdy jeszcze nawet nie byli blisko uczęszczania do Hogwartu, rzucił Pandorze coś w stylu, że kiedy będą mieli abrakasany to powinny mieć one wspólnie źrebaki. Ale najwyraźniej serce jego wierzchowca miało inne plany. Przynajmniej jeden z nich miał jakiekolwiek życie romantyczne.
No i się zaczęło. Atak złośliwych koni. Basilius posłusznie otworzył boksy abrakasanów.
– Bądź dla niej wyrozumiała – szepnął Marze, gdy nadeszła jej kolej, a potem skupił się na swoim przyjacielu.
– Przepraszam – wymamrotał głaszcząc Sylvaine'a po łbie. – Wiem, że powinienem był odwiedzać cię częściej, po prostu...
– Po prostu byłeś zajęty. Rozumiem. Masz poważną pracę. Nic się nie stało. Naprawdę. – wymamrotał Sylvaine, a ton jego głosu, i wkurzone oczy Tahiry, wskazywały jasno, że zdecydowanie było mu z tego powodu przykro.
Uśmiechnął się na tę propozycję.
– Dobrze, chociaż wątpię, byś tak naprawdę potrzebowała pomocy – powiedział rozbawiony. Chyba można by śmiało powiedzieć, że oboje radzili sobie dość dobrze w tego typu sprawach. W końcu udało im sję wymknąć z bankietu.
Słysząc niespodziewany dźwięk już wymyślał wymówkę, czemu oboje się tutaj znaleźli, ale na całe szczęście był to tylko konie.
– A on się daje tak nakręcać? – Pokręcił głową z udawaną rezygnacja. – Czyli z jednej strony ma nastawiająca go przeciwko nam Marę, a z drugiej Tahirę, która robi to samo tylko pewnie jeszcze bardziej. Muszę naprawdę go przeprosić, bo inaczej zaraz złoży mi oficjalne wypowiedzenie.
Eh... Abrakasany. Niby błogosławieństwo i wielki skarb rodu, ale jednak i, kochane, przekleństwo.
Ta... Pracoholizm. Z jakiegoś powodu ostatnio był dość często o to oskarżany. Oczywiście oficjalnie wszystkiemu zaprzeczał.
– Myślę, że i tak radzimy sobie całkiem dobrze – powiedział, profilaktycznie nie chcąc za bardzo ciągnąć tego tematu. Bo hej, może i nie miał czasu, by odwiedzić swojego abrakasana i może nie zawsze wysypiał się na tyle ile powinien, ale chyba jednak miał jakieś życie... Życie które kręciło się głównie w okół pracy. – Właśnie. A jeśli chodzi o bycie dorosłymi. Które z nas udaje, że mdleje dla odwrócenia uwagi, gdy ktoś tu wyjdzie?
Oboje z Pandora posiadali w tej sytuacji taką przewagę, że mieli całkiem dobre powody do mdlenia, nawet jeśli on musiałby się nieco bardziej postarać, niż jego kuzynka. Wątpiłby jednak, że ktoś z rodziny byłby zaskoczony tym, gdyby wszedł tutaj t zobaczył, jak Basilius osuwa się na podłogę. W końcu jego matka od zawsze psuła mu wszystkie zabawy, krzycząc by na niego uważano, bo przecież może zasłabnąć.
Przewrócił oczami.
– Tak wiem, spytałem się tylko...– Tak po prostu. Pokręcił głową. – Zresztą nie ważne. Wiesz myślę, że jeśli chcesz to możemy pilnować siebie nawzajem, by je odwiedzać – zasugerował, widząc że jednak trochę ją to gryzło. Zresztą nie, że on sam nie czuł się winny. Nie miał przecież abrakasana tylko po to, by o nim od czasu do czasu komuś opowiadać. Powinien częściej go odwiedzać.
– To wszystko zależy, czy Sylvaine będzie mógł być skojarzony ze swoją partnerką, czy też nie – stwierdził. Był prawie pewny, że kiedyś, gdy jeszcze nawet nie byli blisko uczęszczania do Hogwartu, rzucił Pandorze coś w stylu, że kiedy będą mieli abrakasany to powinny mieć one wspólnie źrebaki. Ale najwyraźniej serce jego wierzchowca miało inne plany. Przynajmniej jeden z nich miał jakiekolwiek życie romantyczne.
No i się zaczęło. Atak złośliwych koni. Basilius posłusznie otworzył boksy abrakasanów.
– Bądź dla niej wyrozumiała – szepnął Marze, gdy nadeszła jej kolej, a potem skupił się na swoim przyjacielu.
– Przepraszam – wymamrotał głaszcząc Sylvaine'a po łbie. – Wiem, że powinienem był odwiedzać cię częściej, po prostu...
– Po prostu byłeś zajęty. Rozumiem. Masz poważną pracę. Nic się nie stało. Naprawdę. – wymamrotał Sylvaine, a ton jego głosu, i wkurzone oczy Tahiry, wskazywały jasno, że zdecydowanie było mu z tego powodu przykro.