04.06.2024, 20:02 ✶
Anthony uśmiechnął się rozbawiony już pierwszym zdaniem, utwierdzając się w przekonaniu, że spotkanie z Isaaciem jest rozrywką samą w sobie. Różne pojmowanie słów, och mógłby o tym mówić godzinami. O tym, że bycie miłym nie zawsze idzie w parze z byciem dobrym dla kogoś, albo łagodnym. O tym, że w trzynastym wieku, to słowo było bardzo pejoratywne, określające osoby, które po prostu są głupie i naiwne. Lekkomyślne. Znaczenia ulatywały, wzmacniały się i słabły przez wieki, a któż jak nie pisarz powinien o tym wiedzieć najlepiej? Znów szczery, czyli honorowy, czyli traktujący z szacunkiem, albo prawdomówny jako ten, który jest godny zawierzenia, którego słowa nie są poddawane w wątpliwość. Ewentualnie w krótkim rachunku sumienia, wnioskował, że tylko z tym ostatnim mógłby mieć problem, paradoksalnie przez to, że był z Isaackiem szczery, a ten odbierał jego słowa i gesty częstokroć za kpinę. Mógł oczywiście, przybrać odpowiednią maskę, aby zdobyć jego sympatie w sposób powierzchowny i błahy. Tylko po co?
Nie wdawał się jednak w dyskusje związane z semantyką i etymologią, a słuchał rady po którą przyszedł. Nie żeby go to zaskoczyło, kolejne punkta pokrywały się z przeczuciem, z opisami literatury naturalistycznej, obyczajowej, której daleko było do romantycznych, egzaltowanych eposów średniowiecza czy baroku. Anthony umiłował najbardziej XIX wiek w swym rozbuchanym afekcie, możliwe, że uciekał tam w kontrze do swojego bardzo pragmatycznie prowadzonego życia. Słuchał wodząc opuszkiem po ustach i myślał wielotorowo, zwłaszcza aspekt o rozmawianiu o uczuciach go zaskoczył, bowiem na tym polu odniósł dnia poprzedniego – w swoim rozumieniu przynajmniej – fiasko. Skrzywił się lekko i pokręcił głową w zaprzeczeniu.
– Nie... rozmawianie o tym co się czuje, mija się z celem. Nie odnalazłem zrozumienia przy poprzedniej mojej z nią – tą osobą oczywiście – konfrontacji. Nie jestem pewien... co mnie bardzo niepokoi przyznam, czy słowa są odpowiednią drogą do serca. Szczerze w to wątpię. – w lekkich nerwach zaczął skubać swoją dolna wargę, pogrążając się w zamyśleniu. Słowa były jego tarczą i orężem ale zawsze ich brakło w kluczowych momentach. Z drugiej strony jednak, gdy wczoraj splótł w końcu swoją propozycję pomocy w trudnym czasie, spotkał się z odmową. Po prostu bądź. To było nader trudne. Cóż znaczyło? I czy wszystkie kolejne gesty, podarki, ofiary, nie były tym co właśnie kryło się pod odrzuconą propozycją?
... i choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał...
Serce zacisnęło mu się w refleksji, że może jego uczucia nie są szczere. Tak trudno było po latach się rozeznać. Bo jak rozróżnić od siebie pragnienie, pożądanie, chęć posiadania i w końcu ten osławiony stan miłości? Buddyjskie pisma wprost mówiły, że kochać to pozwolić odejść, czy nie pozwalał na to za każdym razem, przez tyle lat? – I nie pójdę na mecz Quidditcha, to nieciekawa gra, od której obserwowania potem boli tylko kark. – dodał, chcąc odwrócić swoje myśli od nadmiernej analizy, bo przecież wszystko weszło na właściwy tor. Absolutnie nowy, nieznany, przerażający brakiem doświadczenia tor. – Byłeś w ogóle kiedyś w jakimś trwałym związku? – pytanie z gatunku impertynenckich, a przecież był ciekaw, czy Bagshot z próżnego leje, czy może miał okazję choć przez moment dotknąć czegoś co było odmówione jego najbliższym przyjaciołom. No może nie Charlotte, która jednak otwarcie nazywała miłość mamidłem upośledzającym myślenie. Nie żeby się z nią nie zgadzał, choć był pewien, że jeśli miałby jej zwierzyć się ze swojego zmartwienia, zabiłaby go śmiechem, potem zmartwychwstała w piwnicy i zabiła śmiechem po raz drugi. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Nie wdawał się jednak w dyskusje związane z semantyką i etymologią, a słuchał rady po którą przyszedł. Nie żeby go to zaskoczyło, kolejne punkta pokrywały się z przeczuciem, z opisami literatury naturalistycznej, obyczajowej, której daleko było do romantycznych, egzaltowanych eposów średniowiecza czy baroku. Anthony umiłował najbardziej XIX wiek w swym rozbuchanym afekcie, możliwe, że uciekał tam w kontrze do swojego bardzo pragmatycznie prowadzonego życia. Słuchał wodząc opuszkiem po ustach i myślał wielotorowo, zwłaszcza aspekt o rozmawianiu o uczuciach go zaskoczył, bowiem na tym polu odniósł dnia poprzedniego – w swoim rozumieniu przynajmniej – fiasko. Skrzywił się lekko i pokręcił głową w zaprzeczeniu.
– Nie... rozmawianie o tym co się czuje, mija się z celem. Nie odnalazłem zrozumienia przy poprzedniej mojej z nią – tą osobą oczywiście – konfrontacji. Nie jestem pewien... co mnie bardzo niepokoi przyznam, czy słowa są odpowiednią drogą do serca. Szczerze w to wątpię. – w lekkich nerwach zaczął skubać swoją dolna wargę, pogrążając się w zamyśleniu. Słowa były jego tarczą i orężem ale zawsze ich brakło w kluczowych momentach. Z drugiej strony jednak, gdy wczoraj splótł w końcu swoją propozycję pomocy w trudnym czasie, spotkał się z odmową. Po prostu bądź. To było nader trudne. Cóż znaczyło? I czy wszystkie kolejne gesty, podarki, ofiary, nie były tym co właśnie kryło się pod odrzuconą propozycją?
... i choćbym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał...
Serce zacisnęło mu się w refleksji, że może jego uczucia nie są szczere. Tak trudno było po latach się rozeznać. Bo jak rozróżnić od siebie pragnienie, pożądanie, chęć posiadania i w końcu ten osławiony stan miłości? Buddyjskie pisma wprost mówiły, że kochać to pozwolić odejść, czy nie pozwalał na to za każdym razem, przez tyle lat? – I nie pójdę na mecz Quidditcha, to nieciekawa gra, od której obserwowania potem boli tylko kark. – dodał, chcąc odwrócić swoje myśli od nadmiernej analizy, bo przecież wszystko weszło na właściwy tor. Absolutnie nowy, nieznany, przerażający brakiem doświadczenia tor. – Byłeś w ogóle kiedyś w jakimś trwałym związku? – pytanie z gatunku impertynenckich, a przecież był ciekaw, czy Bagshot z próżnego leje, czy może miał okazję choć przez moment dotknąć czegoś co było odmówione jego najbliższym przyjaciołom. No może nie Charlotte, która jednak otwarcie nazywała miłość mamidłem upośledzającym myślenie. Nie żeby się z nią nie zgadzał, choć był pewien, że jeśli miałby jej zwierzyć się ze swojego zmartwienia, zabiłaby go śmiechem, potem zmartwychwstała w piwnicy i zabiła śmiechem po raz drugi. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.