04.06.2024, 23:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2024, 23:20 przez Anthony Shafiq.)
Południowe stragany z Erikiem, a potem Koło Fortuny w rozmowie z Verą i Morpheusem. The Edge wyrażam podziw pod koniec.
Isaac pognał gdzieś do przodu, czyniąc najwyraźniej swoją dziennikarską powinność, aby być blisko tego, co może bardziej warte byłoby do opisania, aniżeli bójka pod stoiskiem ze świecami. Anthony nie obracał się do swojego rozmówcy, z którym przyjął spokojniejsze tempo, właściwe ich dawnym spacerom po deptakach Nicei czy Pragi. Wystarczy, że czuł jego obecność obok.
– Wydaje mi się, że nie ma sensu go trzymać na stażu. Widać, że pcha się do gazet, bezsprzecznie jest w swoim żywiole, nie sądzisz? – odwrócił się w końcu do Erika i podjął największe chyba w swoim życiu staranie, by następne słowa wypowiedzieć możliwie niezobowiązująco. – Wyglądasz na spiętego i zmęczonego. Pomyśl, że Morpheus jest tu i jakby co zobaczy wcześniej. – Umilkł bo jednak nie wiedział, czy Erik wie o tym jak jego wuj sprawnie przemieszcza się w czasie, manipulując nim pod swoje dyktando i rozdwajając się w miarę potrzeby. Jasnowidzenie musiało wystarczyć jako gwarant. Anthony był spokojny, bo wiedział, że Longbottom mógłby się cofnąć kilka godzin i ostrzec ich. Jeśli tego nie zrobił, to albo nic się nie stało, albo... cóż, był martwy, bo nie zdążył się przenieść. W drugim przypadku podejrzewał, że śmierć Morpheusa wiązałaby się również ze śmiercią wszystkich pozostałych... ów nihilizm był mimo wszystko dlań uwalniający. Jeśli miałyby być to jego ostatnie chwile... nie chciałby spędzić ich w innym towarzystwie. Starał się jednak nie gloryfikować, ani nawet wypowiadać tej drugiej opcji. Wręcz przeciwnie, wolał zapewniać niespokojne serce. Nawet jeśli mylnie interpretował powód tego niepokoju.
Wtedy też wyłapał z tłumu przy błyszczącym kole akuratnie Niewymownego wraz ze swoją koleżanką z pracy. – No, no... o wilku mowa a wilk... – kiwnął głową w kierunku, w którym wypatrzył starego przyjaciela z pewnym niedowierzaniem obmalowanym na twarzy. Zupełnie jakby ściągnął go myślami. W sumie była to całkiem niezła sposobność, by załatwić i inną aktywność przewidzianą na ten spend... Bydło jak powiedział przed momentem Hades, ale czy wśród bydła nie trafiały się szlachetniejsze osobniki takie jak Wagyu chociażby.
– Mogę go podpytać od razu, hmm? – uniósł pytająco brwi, a potem uśmiechnął się łagodnie, kładąc dłoń na ramieniu nieco wyższego mężczyzny. – Zaraz wrócę do Ciebie – obiecał, a potem zabrał z wyraźną niechęcią rękę i popijając własne wino odszedł w kierunku koła z loterią fantową, pozbywając się po drodze kubka.
– Wydaje mi się, że nie ma sensu go trzymać na stażu. Widać, że pcha się do gazet, bezsprzecznie jest w swoim żywiole, nie sądzisz? – odwrócił się w końcu do Erika i podjął największe chyba w swoim życiu staranie, by następne słowa wypowiedzieć możliwie niezobowiązująco. – Wyglądasz na spiętego i zmęczonego. Pomyśl, że Morpheus jest tu i jakby co zobaczy wcześniej. – Umilkł bo jednak nie wiedział, czy Erik wie o tym jak jego wuj sprawnie przemieszcza się w czasie, manipulując nim pod swoje dyktando i rozdwajając się w miarę potrzeby. Jasnowidzenie musiało wystarczyć jako gwarant. Anthony był spokojny, bo wiedział, że Longbottom mógłby się cofnąć kilka godzin i ostrzec ich. Jeśli tego nie zrobił, to albo nic się nie stało, albo... cóż, był martwy, bo nie zdążył się przenieść. W drugim przypadku podejrzewał, że śmierć Morpheusa wiązałaby się również ze śmiercią wszystkich pozostałych... ów nihilizm był mimo wszystko dlań uwalniający. Jeśli miałyby być to jego ostatnie chwile... nie chciałby spędzić ich w innym towarzystwie. Starał się jednak nie gloryfikować, ani nawet wypowiadać tej drugiej opcji. Wręcz przeciwnie, wolał zapewniać niespokojne serce. Nawet jeśli mylnie interpretował powód tego niepokoju.
Wtedy też wyłapał z tłumu przy błyszczącym kole akuratnie Niewymownego wraz ze swoją koleżanką z pracy. – No, no... o wilku mowa a wilk... – kiwnął głową w kierunku, w którym wypatrzył starego przyjaciela z pewnym niedowierzaniem obmalowanym na twarzy. Zupełnie jakby ściągnął go myślami. W sumie była to całkiem niezła sposobność, by załatwić i inną aktywność przewidzianą na ten spend... Bydło jak powiedział przed momentem Hades, ale czy wśród bydła nie trafiały się szlachetniejsze osobniki takie jak Wagyu chociażby.
– Mogę go podpytać od razu, hmm? – uniósł pytająco brwi, a potem uśmiechnął się łagodnie, kładąc dłoń na ramieniu nieco wyższego mężczyzny. – Zaraz wrócę do Ciebie – obiecał, a potem zabrał z wyraźną niechęcią rękę i popijając własne wino odszedł w kierunku koła z loterią fantową, pozbywając się po drodze kubka.
Koło Fortuny
– Vera kochanie wyglądasz kwitnąco! Czy ten stary pryk się Tobie naprzykrza w jakikolwiek sposób? Mogę szybko go stąd przegonić! – przywitał kobietę jowialnie, obejmując ją serdecznie i całując po trzykroć policzki na modłę francuską. Zbyt często oboje pozwalali sobie na małe wypady do Paryża, by te serdeczności nie weszły im w krew. A ostatnia kanapa, którą przywieźli ze sobą była po prostu zjawiskowa. Morpheusa uraczył ledwie skinieniem głowy, starym nawykiem udawania, że wcale nie lubią się tak bardzo jak to miało miejsce w rzeczywistości, choć teraz, na tym "mini zjeździe" absolwentów, mógł pozwolić sobie na chwilę rozmowy.
– Jak się bawicie? Dlaczegoż to nie widziałem Was w filii Domu Smoka? Nie chcecie chociaż spróbować zeszłorocznego wina? Trochę się nie dziwie, tyle atrakcji ale – zniżył głos konspiracyjnie – dla kolegów ze szkolnej ławy, wino będzie spod lady. – Nagle wyprostował się i odwrócił z jeszcze szerszym i czarującym uśmiechem do obsługującej Koło: – Och, tak właśnie teraz moja kolej na losowanie, przyjaciele trzymali mi miejsce, dziękuję bardzo. – Czy bezczelnie wepchnął się do kolejki? Bardzo prawdopodobne. Czy temu uśmiechowi można było odmówić? Bardzo wątpliwe.
Zaraz po pierwszym losie jednak rozpoczął się występ i tak jak Anthony nie przepadał, wbrew słowom Morpheusa szykanującym jego zapędy do opanowania magii bezróżdżkowej, za cyrkiem per se, to ilość płomieni na estradzie go zafascynowała. Historia opowiadana ciałem nigdy nie należała do jego ulubionych form wypowiedzi artystycznych, bez względu na to czy chodziło o balet czy takie też właśnie teatry uliczne, ale grzechem byłoby odmówić tej inscenizacji kunsztu i całkiem dobrego pomysłu. Ciekaw był, co na ten temat być może w najbliższym czasie powie mu Lorraine, jeśli miała szanse w ogóle zobaczyć te popisy. – Gdzież to ja... a tak, drugi los?
– Jak się bawicie? Dlaczegoż to nie widziałem Was w filii Domu Smoka? Nie chcecie chociaż spróbować zeszłorocznego wina? Trochę się nie dziwie, tyle atrakcji ale – zniżył głos konspiracyjnie – dla kolegów ze szkolnej ławy, wino będzie spod lady. – Nagle wyprostował się i odwrócił z jeszcze szerszym i czarującym uśmiechem do obsługującej Koło: – Och, tak właśnie teraz moja kolej na losowanie, przyjaciele trzymali mi miejsce, dziękuję bardzo. – Czy bezczelnie wepchnął się do kolejki? Bardzo prawdopodobne. Czy temu uśmiechowi można było odmówić? Bardzo wątpliwe.
Zaraz po pierwszym losie jednak rozpoczął się występ i tak jak Anthony nie przepadał, wbrew słowom Morpheusa szykanującym jego zapędy do opanowania magii bezróżdżkowej, za cyrkiem per se, to ilość płomieni na estradzie go zafascynowała. Historia opowiadana ciałem nigdy nie należała do jego ulubionych form wypowiedzi artystycznych, bez względu na to czy chodziło o balet czy takie też właśnie teatry uliczne, ale grzechem byłoby odmówić tej inscenizacji kunsztu i całkiem dobrego pomysłu. Ciekaw był, co na ten temat być może w najbliższym czasie powie mu Lorraine, jeśli miała szanse w ogóle zobaczyć te popisy. – Gdzież to ja... a tak, drugi los?