Rzeczywiście rzadko kiedy się tak do niej zwracał i za każdym razem zastanawiała się, co tym razem przeskrobała… Ale tym razem chyba nic? Bo jak by miała? Rzeczywiście nie była w mundurze aurora, choć nadal była w spodniach i koszuli, która aż za dobrze podkreślała jej figurę – cała na czarno, ale odznaki ani tego charakterystycznego paska z klamrą w kształcie litery M próżno było szukać.
– Nie widzę tu żadnego pospolitego czarnego dachowca – odparła, mierząc Lorraine wzrokiem, może nawet odrobinę wyzywającym. Och więc jednak… Jednak zrozumiała to tak, jak przypadkiem jej się powiedziało, chociaż akurat nie miała na myśli żadnego drugiego dna. – Kwiatuszek to Kwiatuszek, a Sauriel to Sauriel – dodała i wyciągnęła ręce po niebieskiego kota, chociaż przez moment jeszcze mierzyła blondynkę spojrzeniem. Wydawała się świetnie bawić, i tak… Wyglądało to tak, jakby próbowała ją sprowokować. Albo Sauriela? Albo oboje. Ale Sauriel był daleki od pospolitości i z pewnością nie chciał być nazywany Kwiatuszkiem… Chyba że chciał? Jeśli chciał, to znał zasady – wystarczyło powiedzieć. – A to jest Kwiatuszek – dodała i uśmiechnęła się uprzejmie do kobiety, odbierając od Sauriela kotka na ręce i przytuliła go do siebie (kotka…) delikatnie, gładząc niebieskie futro. Mówią, że najlepszą obroną jest atak, ale póki co po prostu spoglądała na Lorraine, a wyraz twarzy Victorii w moment pozbawiony został śladu emocji. Wyczuła w niej drapieżnika i nie zamierzała się przed nim odsłonić, dlatego, póki co zamierzała to ignorować… i obserwować. Nie dać się sprowokować… chociaż Lestrange też potrafiła kąsać. – To dobrze, biedactwo się wystraszył – wyjaśniła, póki co nie chowając kota do koszyka, który ciągle miała przy sobie, a trzymając go przy swojej piersi.
Nie zdążyła od razu odpowiedzieć Lorraine, która podeszła bliżej, na oko były podobnego wzrostu, to ich sylwetki znacznie się jednak różniły; Malfoy wydawała się być na pewien sposób eteryczna, trochę jak Sarah, Victoria zaś roztaczała wokół siebie zupełnie inny czar – zimno, które być może w bliższej odległości Lorraine była w stanie wyczuć.
– Nie, nie Śmierciożercy. Dużo gorzej – Lestrange skrzywiła się wyraźnie i na moment odwróciła głowę za siebie, spoglądając w kierunku, z którego właśnie przybiegła. Na scenie chyba właśnie zaczynał się pokaz, który chciała zobaczyć z bliska, ale najwyraźniej Matka miała dla niej inny plan – i była tutaj, nieco za straganami. – Dewocjonalia, ha – rzuciła i z powrotem zakotwiczyła swoje spojrzenie w Saurielu i Lorraine. To były małe gesty, ale na Sauriela nie patrzyła takim ciężkim spojrzeniem jak na półwilę. – Dewocjonalia… – powtórzyła, głośniej wypuściła powietrze przez nos, a w końcu się skrzywiła. Pieprzony Robert Mulciber chyba przeżywałby właśnie drugi atak serca, jeśli usłyszałby, że te zakazane i obelżywe świeczki, których wcale nie był autorem mogą być nazwane dewocjonaliami. – Jakby wam to… – Victoria miała wyraźny problem ubrać sytuację w słowa i to nie bez powodu. Miziała przy tym puchaty policzek kota, leciuteńko przekrzywiła głowę w stronę prawego ramienia, skrzywiła się raz jeszcze… – Atreus przywalił w mordę tego napuszonego szukającego jakiejś tam drużyny, z którym ostatnio pojedynkował się Louvain – wyrzuciła w końcu z siebie i wryła spojrzenie w Sauriela. – Świeczką. Przywalił mu w twarz świeczką, aż się odłamała… I była to świeczka od Mulciberów. Czekaj, potrzymaj – wcisnęła kota znowu w dłonie Sauriela, zupełnie bez pytania, po czym zanurkowała do swojej torebki, magicznie zaczarowanej, by pomieściła znacznie więcej, niż na to wyglądała i wyłowiła z niej, niczym prawdziwy wprawiony rybak, jedną ze świeczek, będącą przedmiotem sporu. A ją z kolei bezceremonialnie wcisnęła w dłoń Lorraine, po czym uśmiechnęła się niemalże złośliwie i zamrugała ciemnymi oczami. – Tego typu świeczką – tak wyglądała skala problemu. – Robert… Chyba Robert Mulciber – wlepiła znowu ślepia w Sauriela… czy to nie był ojciec Stanleya…? – Zaczął robić tam jakąś scenę z powodu tych świeczek, a potem chyba dostał ataku serca, ktoś wrzeszczał, żeby Notta mocniej bić, skądś pojawił się taki brygadzista, wielki byk, i też komuś dał w mordę, potem zleciał się Moody, potem ktoś się przewrócił, a potem nie wiem, bo Kwiatuszek się wystraszył i zwiał z koszyka – skrzywiła się znowu. – Mniej więcej to takie zamieszanie – samą Lorraine też znała… ze szkoły, z jednego domu, trzy lata niżej, ale ją kojarzyła. Na tym się ta znajomość kończyła, ale chociaż wiedziała, jak miała na imię. – Nie radzę tam teraz iść, pewnie się zleciało brygadzistów na służbie – dodała jeszcze i ponownie się odwróciła, ale machnięcie Sauriela zauważyła. Wzruszyła ramionami. Co prawda była już u Figgów, stamtąd przecież miała Kwiatuszka, ale jakoś w moment jej się odechciało łazić po straganach, równie dobrze mogła z nimi pójść „nawpierdolić się czegoś słodkiego”. Od czasu, gdy Sauriel w końcu dał się namówić, by próbował jednak jeść ludzkie żarcie, przejawiał chyba jakąś taką skłonność do słodyczy… Trochę jak ona, ale to była jego wina. Albo jego zasługa. – Jest tam stoisko Nory Figg. Od niej mam Kwiatuszka – rzuciła jeszcze.