Rzadko widział Annaleigh poruszoną czymkolwiek. Zwykle była tą ostoją zdrowego rozsądku z niczym niewzruszoną postawą. Dlatego kiedy to rodzeństwo z najspokojniejszym usposobieniem jest wyprowadzone z równowagi to znaczy, że sprawa naprawdę musi być ciężka. Tak jak wtedy kiedy on, albo Loretta zbyt bardzo dokazywali i Aneczka próbowała ich uspokoić, a oni mieli to gdzieś, aż do momentu kiedy najstarsza robiła płynny swap na francuski i opieprzała ich z góry na dół. Był to wyraźny sygnał zbliżania się do tej cienkiej, czerwonej linii jej cierpliwości, co zwykle skutecznie ustawiało dzieciarnie do pionu.
Dostrzegł ten na wpół karcący wzrok po jego tatuażach, więc oderwał ręce od siostry, by jeszcze zanim ta doszła do sedna ich rozmowy, instynktownie zaciągnął rękaw koszuli z najmroczniejszym tatuażem ze wszystkich. Zmarszczył brwi, bo nie miał pojęcia do czego pije i dokąd miały prowadzić te sarkastyczne pytania.
- On tu jest?! - zawołał mimowolnie, a pierwsza żyłka zdenerwowania zapulsowała tuż nad jego skronią. Żaden ślub, żadna Loretta, tylko ta romska wsza. Ze wszystkich informacji, najwidoczniej ta konkretna go najbardziej poirytowała. Ręka która jeszcze trzymał za dłoń siostry, instynktownie zacisnęła się na jej palcach w tym splocie, a jego paznokcie mogły się przez chwilę wbijać w jej skórę. Puścił ich jednak, sekundę czy dwie później, przecież nie chciał robić krzywdy starszej siostrze. - Nie patrz tak na mnie... - z uniesionymi brwiami wyrzucił półszeptem, kręcąc przy tym głową z niedowierzania, że Annaleigh sądziła, że mógłby coś takiego przed nią i rodzicami ukrywać - dobrze wiesz, że jestem pierwszy który biłby na alarm, gdybym wiedział...- dokończył. Kciukiem prawej ręki zaczął rozmasowywać pulsującą ze złości skroń, milcząc przez chwilę i próbując zebrać myśli do końca.
Na ten moment nie przychodziło mu do głowy nic innego jak wyparcie. Przecież dowiedziałby się jako pierwszy, nawet jeśli kochana bliźniaczka nie powiedziałaby mu w prost, to przecież ktoś by mu doniósł o tym. Pobierać się w sekrecie mogli jacyś przeciętniacy, szarzy czarodzieje bez rozpoznawalności, ale nie takie popularne gwiazdy jak ona.
- Nieee, to niemożliwe. Pieprzy brednie, nie ufaj jego ćpuńskim projekcjom. - uspokoił zarówno siebie jak i An. A tę myśl wyparł i parsknął pogardliwym śmiechem. To jasne, że jedynym powodem po co ten szmatławiec się tutaj zjawił to, żeby napsuć komuś krwi, a w szczególności jemu. Byłby w stanie powiedzieć największe bezeceństwa, byle tylko doprowadzić Louvaina do białej gorączki. Jebana pijawa.
- Nie ma potrzeby ich denerwować, sam to sprawdzę. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby niepokoić jakimiś plotkami na kiju starszych. Matka z ojcem zagotowaliby się pewnie jak knedle, gdyby coś takiego doszło do ich uszu. Bo tak bardzo jak nie miał ochoty teraz nikomu tłumaczyć, że te nierozłączne bliźniaki Lestrange, od niedawna stały się nieco bardziej rozłączne, nie chciał żeby gniew rodzicielski spadł na jej głowę.
I tak bardzo jak nie pokładał wiary w wyssane z palca cygańskie brednie, tak właściwie bez zbędnego odwlekania w czasie, przeprosił i ukłonił się siostrze jakby trochę na pokaz dla obserwujących i poprawiając kołnierzyk koszuli odszedł od niej, zostawiając ją samą. Nie miał bladego pojęcia o co chodziło temu idiocie, oprócz tego że chciał go wkurwić. Jedyny pomysł jaki przychodził Lestrangowi do głowy, to że Mulciber chciał go po prostu sprowokować i wywołać do konfrontacji. Dlatego w żadnym wypadku nie zamierzał podawać się mu jak na tacy i grać tak jak mu cygan na akordeonie zagra, co to, to nie.
Pobłądził chwilę między pomieszczeniami i zbiorowiskami czarodziejów. Tu się z kimś przywitał z rodziny, a tu podsłuchał ploteczki o Atreusie i kapibardze, co delikatnie go uspokoiło. W między czasie zakręcił się przy księdze gości i zostawił od siebie skromny wpis.
Nie miał kompletnie apetytu teraz na cokolwiek, jednak znalazł się w okolicy deserów. Najwidoczniej podświadomie wiedziony aromatem kadzideł o nucie letniej, gwieździstej nocy, bo gdy tylko rozejrzał się po tej lokacji, Ambrosia od razu padła ofiarą jego wzroku. Niczym nakręcony konik ruszył w kierunku swojej zabaweczki. Pora zagrać w jego grę i rozpierdolić na jego zasadach. Kompletnie nie przejął się towarzystwem jakim się otaczała, być może tylko rzucił płaski, zachowawczy uśmiech, by nie zdradzać swoich brudnych myśli.
Zbliżył się do niej od tyłu, w żaden sposób nie anonsując siebie, ani swoich podłych zamiarów. Wystarczyło, by jego aura i perfumy stały się odpowiednimi bodźcami do uruchomienia synestezji McKinnon. Jego wibracje, które miały kojarzyć się z przenikającym na wskroś stresem i paraliżującym strachem. Co tym razem wymyślił sobie Diabeł? Nachylając się nad jej uchem, odgarnął kosmyk blond włosów, tak by jego słowa rozlazły się po jej szyi i karku parszywym ciepłem. - Zatańczysz ze mną, albo wyniosą cię stąd w plastikowej torbie... - wyszeptał prosto do ucha, tak by tylko śliczna zabaweczka mogła to usłyszeć.