05.06.2024, 01:30 ✶
Powietrze przecinał ostry zapach uryny zmieszany z wonią zakrzepłej niegdyś krwi. Nie należała do tego miejsca i to miejsce nie należało do niej. Wiedziała, że Donald robił im na złość i że Czarny Pan miał głęboko gdzieś o której i kiedy wykonują swoje misje, wszak lojalności nie zaskarbiało się pobudkami o parszywym świcie. Bo do jasnej cholery, gdzie byli ci wszyscy piekarze i inny plebs tego świata, który pracował na jej arcywygodną egzystencję?
W głęboką irytację obracał ją fakt, iż mężowi nie wystarczała władza nad jej bytem i egzystencją — popychając ją, świeży i nieopierzony narybek w ramiona organizacji, stawał się jej seniorem również i w jej szeregach. Bo jemu jakoś wciąż było mało i jeśli tylko stawała przed nim nowa okazja by mieć nad nią więcej władzy, to po nią sięgał. A ona z każdej tej okazji próbowała się wyślizgiwać, jak mała, zwinna glista.
Wymieniła z Alexem nieme spojrzenia, nie racząc się o komentarz. Na Nokturnie o tej porze było przeraźliwie, głucho cicho. Żadnego ulicznego dziecka, żadnej kobiety o kusząco odsłoniętym kolanie i wyrysowanym udzie pod materiałem spranej spódnicy, żadnych naganiaczy do klubów i szemranych pseudo kasyn. Tylko widma Donalda spoglądającego na nią karykaturalnie z odmętów pamięci. Musiała się skoncentrować, bo z zepsutą krwią myślało jej się dużo gorzej.
Obserwowała wejście szwagra do piwnicy, ale papierosowy ruch mężczyzny skutecznie odwrócił jej uwagę od pochłaniającej ciemności. Brew drgnęła ku górze, ostro zakrzywiona, zdradzająca pełne zaintrygowanie.
W ocenie Degenhardta nie pomyliła się za to Diana.
Pomyślała o mętnym skrawku chwili w którym go po raz pierwszy usłyszała. Tak jak dziś, bezmiennie, spotkał ją bezkresny błękit przywodzący na myśl wiosenne niebo, który niczym zaszronione lustro, zdawało się skrywać mroczną, podłą tajemnicę. Tajemnicy Degenhardta nie znała, ale być może było coś we stwierdzeniu swój swojego pozna — bo przecież ze złudniczo anielskiej buźki nie można było wyczytać intencji kryminału, ale Mulciber jakoś potrafiła, albo tak jej się wydawało.
— Dołączysz? — skierowała pytanie do Umbriela. Czy właściwie było to pytanie? Chciała zabrzmieć drapieżnie, może nieco dziko, jako iż matrycę jej twarzy, jedyną kartę przetargową w chorym flircie jaki chciała uprawiać, zasłaniała obrzydliwa maska.
Z środka nie dochodziły żadne zdławione dźwięki przestraszonego, niezrozumiałego błagania zza knebla. Cokolwiek znalazł tam Axel, cokolwiek tam na niego czyhało, musiało oddać tam swe ostatnie tchnienie. Po prostu zdechnąć.
Nie bywała sentymentalna, nie marnotrawiła energii na myślenie o dawnych ofiarach, o truchłach, których krew na jej rękach dawno temu wystygła, o twarzach wykrzywionych w wiecznej agonii. Podobno powinna pamiętać obraz ich ostatnich minut oraz cierpienia, ale coraz częściej łapała się na tym, że już tego nie potrafiła.
Coś jej podpowiadało, że znajdujący się tuż obok mężczyzna nie spojrzałby na nią osądniczym spojrzeniem.
W głęboką irytację obracał ją fakt, iż mężowi nie wystarczała władza nad jej bytem i egzystencją — popychając ją, świeży i nieopierzony narybek w ramiona organizacji, stawał się jej seniorem również i w jej szeregach. Bo jemu jakoś wciąż było mało i jeśli tylko stawała przed nim nowa okazja by mieć nad nią więcej władzy, to po nią sięgał. A ona z każdej tej okazji próbowała się wyślizgiwać, jak mała, zwinna glista.
Wymieniła z Alexem nieme spojrzenia, nie racząc się o komentarz. Na Nokturnie o tej porze było przeraźliwie, głucho cicho. Żadnego ulicznego dziecka, żadnej kobiety o kusząco odsłoniętym kolanie i wyrysowanym udzie pod materiałem spranej spódnicy, żadnych naganiaczy do klubów i szemranych pseudo kasyn. Tylko widma Donalda spoglądającego na nią karykaturalnie z odmętów pamięci. Musiała się skoncentrować, bo z zepsutą krwią myślało jej się dużo gorzej.
Obserwowała wejście szwagra do piwnicy, ale papierosowy ruch mężczyzny skutecznie odwrócił jej uwagę od pochłaniającej ciemności. Brew drgnęła ku górze, ostro zakrzywiona, zdradzająca pełne zaintrygowanie.
W ocenie Degenhardta nie pomyliła się za to Diana.
Pomyślała o mętnym skrawku chwili w którym go po raz pierwszy usłyszała. Tak jak dziś, bezmiennie, spotkał ją bezkresny błękit przywodzący na myśl wiosenne niebo, który niczym zaszronione lustro, zdawało się skrywać mroczną, podłą tajemnicę. Tajemnicy Degenhardta nie znała, ale być może było coś we stwierdzeniu swój swojego pozna — bo przecież ze złudniczo anielskiej buźki nie można było wyczytać intencji kryminału, ale Mulciber jakoś potrafiła, albo tak jej się wydawało.
— Dołączysz? — skierowała pytanie do Umbriela. Czy właściwie było to pytanie? Chciała zabrzmieć drapieżnie, może nieco dziko, jako iż matrycę jej twarzy, jedyną kartę przetargową w chorym flircie jaki chciała uprawiać, zasłaniała obrzydliwa maska.
Z środka nie dochodziły żadne zdławione dźwięki przestraszonego, niezrozumiałego błagania zza knebla. Cokolwiek znalazł tam Axel, cokolwiek tam na niego czyhało, musiało oddać tam swe ostatnie tchnienie. Po prostu zdechnąć.
Nie bywała sentymentalna, nie marnotrawiła energii na myślenie o dawnych ofiarach, o truchłach, których krew na jej rękach dawno temu wystygła, o twarzach wykrzywionych w wiecznej agonii. Podobno powinna pamiętać obraz ich ostatnich minut oraz cierpienia, ale coraz częściej łapała się na tym, że już tego nie potrafiła.
Coś jej podpowiadało, że znajdujący się tuż obok mężczyzna nie spojrzałby na nią osądniczym spojrzeniem.
Chwasty trzeba wyrywać.